Skip to content

19/04/2014

Na obczyźnie to nawet pisanki człowiek by malował, aby tylko przywołać atmosferę, która panuje teraz w tym polskim domu, w którym mnie nie ma. Nagle ratowałabym tradycję, święciła jajka i z całą mocą oddawała się wszystkim tym domowym przygotowaniom, które tyle razy wywoływały frustracje i domowe spięcia. Wszystko, co każdego roku wydawało się zbyt oczywiste i schematyczne, na obczyźnie wydaje się niezbędne.

Oni tutaj świąt nie znają. Przynajmniej nie takie, jakie ja mam w pamięci: gdzie wszystko skrzętnie jest przygotowywane, tak żeby pięknie się prezentowało, wyśmienicie smakowało w otoczeniu pisanek na gałązkach, zieloności rzeżuchy z brodzącymi w niej sztucznymi kurczaczkami. My jak co roku- jak te dzieci boże- niezależnie od wieku zające z czekolady dostajemy i do kościoła suniemy, a oni zwyczajnie studencki czwartek świętują. Aż dziw bierze, że moja antresola jeszcze się nie zawaliła pod wpływem basów. W piątek na Ossenmarkt puby pękają w szwach, a wielką sobotę ludzie opychają się goframi na Meir.

Nie wiem skąd moje zdziwienie, skąd moje przekonanie, że jak święta, to wszyscy świętują, że jak my tak robimy to i reszta świata. Ze zdumieniem otwieram oczy, bulwersuję się nie wiadomo z jakiego powodu: że to tylko my tak robimy? inni żyją swoim życiem?
Może oni tak są szczęśliwi?
Ja w tym czasie tęsknotę za domem wypełniam drobnymi przygotowaniami do mojego nieco bardziej kontynentalnego niż świątecznego śniadania. Robię ostatnie zakupy i opieram się temu zniewalającemu zapachowi gofrów na przeciwko banku KBC.

Potrzebuję tych rytuałów, drobnych znaków i powielanych zachowań, w których mam oparcie. Wysyłam więc świąteczne nieświąteczne kartki z Antwerpii z tęsknotami na nich zapisanymi i kupuję buniowi dużego zająca z czekolady.

Ale przede wszystkim już wiem, że następne święta spędzę w domu.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *