Skip to content

a little bit in sLOVEnia

wrzesień 2012- luty 2013
DSC_5404
styczeń w Mariborze

Mała, ledwie na mapie zauważalna Słowenia, wciśnięta pomiędzy Włochy i Chorwację, z ok. 45-kilometrowym pasem wybrzeża rozpoczyna litanię krajów bałkańskich. Nagminnie mylona jest ze Słowacją, a obywateli w niej tyle, ilu mieszkańców w Warszawie. Prężnie działa się tam na rzecz promocji walorów turystycznych państwa, ale docenią je głównie wielbiciele spokoju, zielonych zakątków i jeszcze narciarze. To państwo górzyste, chwali się swoim bogactwem natury: jeziora, góry, jaskinie, piękne widoki. Fala turystów jeszcze tam nie dotarła, więc warto się wybrać zawczasu.

Najlepiej własnym samochodem, ponieważ transport publiczny nie jest tu najlepiej zorganizowany: miasta na tyle małe, że korzystanie z autobusów staje się zbędne, a kolej nieszczególnie rozwinięta. Do tego stosunkowo droga jak to w państwach z walutą euro bywa. W odpowiedzi na to powstał prevoz– platforma do wymiany informacji o tym kto/gdzie jedzie, ile osób może zabrać i jaki będzie koszt dzielenia podróży. Takie portale (typu blablacar) w Polsce dopiero raczkują. Może jest to spowodowane pewną nieufnością Polaków lub też lepiej zorganizowaną komunikacją, natomiast w Słowenii jest to całkowicie naturalny sposób podróży i mało komu przyjdzie do głowy korzystać z pociągów, szczególnie na trasach tak często uczęszczanych jak Maribor -Ljubljana.

Słowenia wydaje się być krajem mlekiem i miodem płynącym, gdzie czas mija leniwie. To pewnie za sprawą przyrody, ale też poniekąd polityki: sklepy w weekend nie są czynne jak w powszedni dzień i nie raz, nie dwa zdarzyło się, że po intensywnej sobocie budziłyśmy się o pustej lodówce. To jednak zawsze jakaś pekarna (w której i mleko dostać można) była czynna nieco dłużej niż supermarket. Można się do tego przyzwyczaić, a pracownicy- jak inni miastowi- mogli wyjechać na weekend do swoich domków w górach. I odpocząć.

Raj to też dla studentów, którym otrzymują tzw. kupony: dofinansowanie do posiłków. Ich ilość uzależniona jest od sumy dni uczelnianych. Można je wykorzystać niemal w każdej restauracji lub bistro serwującym kanapki zgodnie z zasadą jeden kupon na cztery godziny. Studenci erasmusowi dostają nawet odpowiednie mapki, na których zaznaczone są restauracje akceptujące kupony (wspaniała większość). W skład posiłku, który zwykle kosztował ok. 3 euro, wchodziła zupa, sałatka, danie główne, a czasem i deser. Z możliwością zapakowania na wynos. Albo dowozu. Woda gratis. I być może parę kilo też.
Niektóre restauracje funkcjonowały głównie dzięki studentom. Można sobie wyobrazić jak towarzysko nam to sprzyjało! nigdy przedtem ani potem stołowanie się na mieście nie było takie częste, tanie i smaczne.

Ljubljana

Chociaż początkowo moim wyborem erasmusowym była Ljubljana, to traf chciał, że wylądowałam w . Wyszło najlepiej pod każdym względem, a do tego pewnie i mój portfel się ucieszył. Koszt życia w Ljubljanie jest nieporównywalnie wyższy aniżeli w Mariborze. Widać to chociażby po cenie powiedzmy refundowanych posiłków. Przeciętny koszt obiadu w Mariborze to 3 euro,  w stolicy 5 euro. W jednej pizzerii zdarzyło nam się dopłacić nawet 7.

Inna zaleta tego kraju oddalonego osiem godzin drogi od Polski: pogoda. Pamiętam zaledwie kilka deszczowych dni i niekończące się słońce. Nawet kiedy siarczysty mróz w poliki dął, to tęskniło się za okularami przeciwsłonecznymi, bo tak biel śniegu człowieka oślepiała.

Państwo na tyle małe, że spokojnie można je zwiedzić w trakcie weekendowych wypadów. Atrakcji całe mnóstwo.

 

JEZIORO BLED

Aby dostać się na małą wysepkę (Blejski Otok) trzeba się trochę nawiosłować. Znajduje się tam pielgrzymkowy kościół pw. Marii Panny. Miejsce zapiera dech w piersiach przede wszystkim, kiedy słońce towarzyszy wyciecze, my musieliśmy zadowolić się chłodem i mgłą. Malowniczy widok rozciąga się z zamkowego wzgórze- Blejski Grad.

Jaskinia Postojna (Postojna Cave) to obowiązkowy punkt na mapie Słowenii. Najdłuższa na świecie trasa turystyczna wiedzie przez głąb jaskinii sprawiającej wrażenie lodowego pałacu, pełnego rzeźb i postaci. Must see!

Na trasie do Novej Goricy zatrzymujemy się również w miasteczku Stanjel, położonym na wzgórzy z którego rozpościera sie widok na granicę z Włochami. W nadmorskim Piranie włoski klimat rzuca się tak bardzo w oczy, że można stracić uczucie sloweńskiego gruntu pod nogami.

DSC_3917
Piran

JERUZALEM- SZLAKIEM SŁOWEŃSKICH WINNIC

Wyruszyliśmy nim za radą przewodnika, który dostałam od przyjaciół przed wyjazdem. To był pierwszy weekend w Słowenii, pierwsza niedziela po pierwszej sobocie, kiedy człowiekowi w głowie huczało, ale był jeszcze pełen energii i nadziei na najlepsze. Ruszyliśmy autem Dalibora na wschód od Mariboru do Jeruzalem przez te połacie winnic, zieleni i pięknych widoków. Zjedliśmy najdłuższy obiad w historii (sytuacja komiczna, bo kiedy zrozumieliśmy ile czasu zajmuje przyniesienie kelnerowi każdej drobnej rzeczy, postanowiliśmy już o nic nie prosić; obiad rozciągnął się bez mała na trzy godziny), odwiedziliśmy oficjalną winiarnię, z której zostaliśmy jeszcze skierowani po wino domowej roboty. Wróciliśmy w pełni zaopatrzeni i ocuceni górskim powietrzem.

Z końcem erasmusa chcieliśmy powtórzyć ten wypad, ale pewnych rzeczy powtórzyć się chyba już po prostu nie da.

Piran
Lublana

 

 

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *