Skip to content

Amsterdam

DSC_2619DSC_2625DSC_2658DSC_2602DSC_2627

DSC_2636DSC_2717DSC_2724DSC_2722DSC_2741DSC_2738DSC_2754DSC_2752
Tuż po przeprowadzce do Antwerpii zdziwiłam się jaka mała, jaka ładna ta Belgia. Ale to było jeszcze przed tym jak zobaczyłam Amsterdam i ten to mnie dopiero zaskoczył, skubany. Gdzie ja miałam głowę dopuszczając do siebie tylko opowieści o tym, że to miasto, w którym wolno w s z y s t k o, swąd zioła unosi się ponad ulicami i czerwonymi latarniami. Albo tych, którzy mi je opowiadali. Ta rozpowiadana wszem i wobec wolność z niczym specjalnie atrakcyjnym mi się nie kojarzyła, niezbyt pociągająca się wydawała. O licznych kanałach, łódkach po nich pływających, dużych zielonych skwerach, to już nikt mi nie doniósł.

Nie zdecydowałam się co prawda pojechać na King’s Day– doroczne święto Holendrów, kiedy cała stolica zabawą i kolorem pomarańczowym stoi, bo ograniczona ilość weekendów mi na to nie pozwoliła. Dopiero którejś majowej soboty tam dotarłam, po drodze w Rotterdamie mojego miejscowego przewodnika Idkę zabierając. Pogoda nam się udała i choć nie chcę żeby w piórka obrosła, to  jak zawsze: pełne słońce, czyste niebo. Na Dam Square przysiadamy o dziewiątej rano, pod oknami samego króla, żeby zjeść jakieś małe śniadanie i rozeznać się w przewodnikach. Jeden z nich nawiasem mówiąc, wspomina o tym, że władca ma idealny wgląd w wieczorne życie mieszkańców, prowadzone pod tamtejszym pomnikiem i okopcone wieloma skrętami.

Chociaż plan zwiedzania zwykle mamy napięty, to nie tym razem- zbyt piękna pogoda jest, by czas spędzić w kościołach i muzeach. Korzystając tylko ze sposobności posiadania miejskich kart i wolnego wstępu, chcemy rachu ciachu zajrzeć do dwóch muzeów, a później już tylko niekończąca się sjesta.

FOAM, Keizersgracht 609,muzeum fotografii, nastawione  na promowanie młodych talentów- wystawy są tymczasowe, może coś Was zachwyci. Nas WTEDY akurat nie bardzo, zbyt dużo współczesnej fotografii: garnki, pasty do zębów, kto to zrozumie.
Van Gogh Museum, Paulus Potterstraat 7 - tym z kolei jestem oczarowana. Chronologiczne przedstawienie życia i twórczości, odpowiednie wprowadzenia do poszczególnych etapów, krótkie dopiski. Nikt nie jest w stanie się w tym pogubić, a za to ile zapamiętać.

Nasz standard plan właściwie obejmował tylko te dwa muzea, reszta pozostała czystą przyjemnością spacerowania, obserwowania tego, jak ludzie potrafią odpoczywać, spędzać czas w parkach, korzystać z pogody i cieszyć się chwilą. Wystarczy przekroczyć próg Vondelpark, żeby zauważyć, że zgromadziło się tam prawdopodobnie całe miasto. Zniknął podział na ścieżkę rowerową i dla pieszych: każdy musi sobie torować drogę do przejścia. Grillują, leżakują, drzemki i towarzyskie pogawędki ucinają.

Chciałabym takiej beztroski w Polsce i zbieraniny ludzi nie tylko przy okazji lokalnych festynów.

Przez własne gapiostwo musiałam wracać do Antwerpii ostatnim pociągiem o dwudziestej. Z biletu, który miał działać weekendowo, został sam napis, a przejazd był ważny tylko w sobotę i nijak nie dało się tego odkręcić. A to zdecydowanie zbyt wcześnie: o tej godzinie nikt tam wieczoru się jeszcze nawet nie spodziewa, a miasto zaczyna się dopiero szykować do świętowania weekendu.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *