Skip to content

Berlin

dwa intensywne
upalnie czerwcowe
dni w Berlinie.

Jak to zwykle pierwszego dnia w nowym mieście, trzeba spojrzeć, co w przewodniku piszczy, zobaczyć Reichstag i zdziwić się, jaki ten Berlin duży. Odległości na mapie wydawały się być krótsze w rzeczywistości, a tu psikus i odciski na stopach. Zostawienie rzeczy u Toma (australijczyk, co nas tak gościnnie przyjął) zajęło mi bez mała dwie godziny. A u dziewczyn jeszcze plecaki na ramionach, dodatkowe obciążenie. Żar z nieba, nie ma co mówić nawet.

Udało nam się zobaczyć pierwszego dnia całkiem sporo spośród tradycyjnych punktów na mapie. Z pominięciem muzeów, których w Berlinie podobno dużo ciekawych i wartych zwiedzenia jest, ale czerwiec to nie pora na to. Przed słońcem raczej w parku i nad wodą się chowałyśmy.

DSC_4293a
Checkpoint Charlie

CSC_4325

DSC_4312
East Side Gallery
DSC_4214
Tiergarten
DSC_4251a
half-way meeting with my little chinese

Drugi dzień jeszcze upalniejszy.
Wiewióry pojechały do Magdeburga, my z Decem postanowiłyśmy już nie pchać się do centrum, ale krążyć wokół „alternatywnych” dzielnic: Neukolln i Kreuzberg. Tam poprzedniego wieczoru dołączyłyśmy do Toma i jego przyjaciół na pyszne falafele od babuni, od której pewnie w normalnym stanie rzeczy nie przyszłoby nam do głowy nic kupić, a już na pewno pomyśleć, że to może być takie dobre. Zero cieknących i tłustych sosów, same warzywa, a te smakołyki w towarzystwie Anglików siorbiących polskie tyskie. Obeszłyśmy też stragany z ręcznymi robótkami, spotkałyśmy znajomą Decem, z którą wybrałyśmy się do Temeplhof, gdzie grilluje prawdopodobnie pół niemieckiej stolicy. Byłe lotnisko to dosłownie duże pole do weekendowego chillu.

Tak modne teraz Schiller burgers, zachód słońca w Volkspark, gdzie bieżąca relacja z wyniku meczu docierała bezbłędnie i dwa błogie słoneczne dni za nami.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *