Skip to content

Boston po raz drugi

Pakujemy te nasze dwadzieścia trzy kilo, każdy w pośpiechu, bo niemal ostatni opuszczamy camp. Nagle pusto i cicho się zrobiło: żadnego porannego good day sunshine echem roznoszącego się po całym campie, stukotów i tupotów ani obaw, że zaraz nam sufit na głowę spadnie, kiedy stado camperów się nad nami przetoczy. Czym prędzej się wynosimy, bo duchem i pustką wieje. Niby szkoda, ale w sumie to nie żal, chyba wszyscy jesteśmy zmęczeni, bo wiesz: ileż można? Kiedy my tu takie plany! Kolejnego dnia jetblue z Logan Airport odlatuje, na pokład trzeba zdążyć i tyle miejsc odwiedzić. To ma być dopiero p o c z ą t e k. Gdzie tam Polska.

Dzielimy się na mniejsze grupy, bo nasza siódemka, choć szczęśliwa, to jednak za duża jest. O spokój ducha trudno, a co dopiero o nocleg. Niektórzy mówią, że w pojedynkę najlepiej się podróżuje, z nikim nie trzeba decyzji podejmować- samemu się jest panem własnego czasu i planu. Ale nie umiem, bo z kim niby radości mam dzielić?Potrzeba mi kogoś obok, żeby kroku sobie wzajemnie dotrzymywać. To jednak plan każdego z nas nieco się różni: gdzieś się rozdzielamy, spotykamy w innym punkcie, ktoś do nas dołącza, żeby później pojechać w innym kierunku. W ten sposób zawsze jest jakaś świeżość i nowa energia w grupie. Bo nie ma się co czarować: taka dwutygodniowa tułaczka z całym dobytkiem, po dwumiesięcznym pobycie w miejscu do którego tez trzeba się było przystosować i nazywało się je pracą- z wczasami all inclusive nie ma nic wspólnego. Pogniecione ubrania szybko przestają przeszkadzać, makijaż staje się zbędny, bo przy tych temperaturach spływa jak po maśle, a ty zaczynasz się modlić, żeby tylko włożyć nogi do zimnej wody.

Dwa miesiące temu byliśmy w Bostonie po raz pierwszy, wszystko było kompletnie nowe, krok w stronę wielkiego świata pitu pitu. Teraz program jest już mniej napięty: wiemy jak się poruszać i gdzie chcemy zajrzeć…chociaż wcale z tej wiedzy nie skorzystamy. Za to z gościnności Kamila, naszego hosta owszem. Mówi po polsku z amerykańskim akcentem, dopiero co wrócił do Stanów po trzytygodniowym pobycie w Polsce i interesuje go wszystko, co z nią związane. Wyjechał z rodziną za czasów Solidarności, prosto do Seattle. Pokazuje nam własny Boston. Mieszka tak trochę w komunie: wszystko jest wspólne, a słowo dzielenie wpisane w grafik, na którym naklejkami zaznacza się spełnione obowiązki. A przecież on-nigdy-się-nie-sprawdza. Tam działa. Jedzenia nikt nikomu nie podbiera, jadło jest wegetariańskie i organiczne na amerykańską modłę. Doktoryzuje się chłopak, i dobrze, bo łeb ma nieprzeciętny. Może by sie obraził, gdyby to przeczytał, ale w rzeczy samej: MA. Fizyka na emajti, dogłębne zrozumienie wszystkich procesów, które dla mnie liczą się o tyle, o ile powodują skutek dostrzegalny przez któryś z moich zmysłów. Abstrakcja, szapoba.

Startujemy z Brighton, a kierujemy się do centrum. Obserwujemy te żagle w centrum miasta i jeszcze nie wiemy z A., że za parę godzin to my będziemy dryfowały od brzegu do brzegu. A że to taka frajda będzie- to już w ogóle.

DSC_7636

Nie wiem czy bardziej trzynasta czy czternasta na zegarze, ale zmierzamy po chrupiącą bagietkę, ser do tego, jakiś owoc. Kamil z wprawą organizuje plastikowe kubeczki z pobliskiego fast foodu i bez skrępowania prosi o otwarcie butelki białego wina w restauracji, gdzie normalnie przecież tego nie robią, ale w drodze wyjątku otwierają. Pić w miejscach publicznych nie można, ale skoro rozlewane z butelki owiniętej papierem śniadaniowym? no nikt się nie zorientuje.

Po historii scjentystów, o tym jak bardzo opłacalne jest mieć pomysł i umieć go dobrze sprzedać: rozsiadamy się pod ich posiadłością.

DSC_7603

DSC_7629

DSC_7611

DSC_7621

Na deser zwiedzanie emajti. Humanistki do kwadratu, rozdziawiamy te gęby na widok wszystkich pokazowo- eksperymentalnych urządzeń w holu wydziału. No tak fajne. No nie, nie wiemy jak to działa (sic!).

Stamtąd rzut beretem na brzeg rzeki do klubu żeglarskiego. W życiu nie przypuszczałabym, że to łapanie wiatru tak uspokaja, suniemy całkiem gładko, po chwilach pełnych grozy, że o mały włos i dnem do góry byśmy byli.

O tej porze kończymy.


Gdzieś jeszcze między jedna uliczką drugą dopadam ścianę portretów:


Przytulam ten napis, bo będzie mi towarzyszył przez następne dwa tygodnie.

11 sierpnia 2013

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *