Skip to content

CocoRosie, czyli jak zagrać na emocjach

Rokrocznie omijają mnie wszelkie festiwale muzyczne, jakie tylko się u nas odbywają. Letnie terminy zwykle mam zajęte wyjazdami, a w miejscach, gdzie akurat się błąkam z kolei niespecjalnie myślę o tym, żeby sprawdzić czy może w pobliżu gra ktoś, kogo chciałabym usłyszeć na żywo. W całym swoim życiu jedyny większy koncert na którym byłam, to Placebo na warszawskim Torwarze i to jeszcze przy okazji Meds. Na szczęście to lato nieco odkupiłam biletem na CocoRosie, które zagrało 8. września w Szybie Wilsona na katowickim Nikiszowcu. Parę dni minęło, a mój youtube jakby się zawiesił na ich muzyce.

Zaczęło się od utworu Lemonade podlinkowanego przez moją milówkową dziewczynę. Utwór wydawał się nieco dziwny, ale interesujący. To pewnie za sprawą głosu Biancki, nieco skrzeczącego, ale interesującego.

Przewinęło się również Beautiful boyz i okazjonalnie kilka innych utworów. Dobry rok minął od tej pory i dopiero lipiec na campie upłynął mi pod znakiem nowego albumu Tales of a GrassWidow, odsłuchiwanego na deezerze.

http://www.youtube.com/watch?v=3Z8Epe0YI2M

I nieoczekiwanie koncert- po którym fajerwerków się w ogóle nie spodziewałam- tak pozytywnie mnie zaskoczył. Scena bardziej niż koncertowa była teatralna: przebrania rozwieszone na balkonowym sznurku, ciągnącym się przez całą długość sceny; lustro, w którym siostry Casady poprawiały swój make up i odbicie rejestrowane przez skierowaną w jego kierunku kamerę, a następnie wyświetlane na telebimie. Do tego harfy, flety, światła i ten niesamowity beatbox! Wszystko w takt muzyki. Każdy ruch tak bardzo przemyślany, a jednocześnie sprawiający wrażenie spontanicznego. Dawno nie spotkałam artysty tak dobrze oddającego lub też czującego własną muzykę.

Siostry Casady mają głosy, które się perfekcyjnie uzupełniają. Myślałam, że zrazu skrzekliwy głos Biancki i nieco operowy Sierry po kilku piosenkach staną się nieznośne i trudne w dalszym odbiorze, ale gdzie tam! Nie mogłam się nasłuchać. Ciary, ciary, ciary! Wydawałoby się, że muzykę tworzą bardzo melancholijną i że to na koncercie przemieni się w smutne kwilenie. Tymczasem na żywo wstępuje w te piosenki nowa siła. Albo raczej Bianca i Sierra tchną ją w te utwory. Po We are on fire entuzjazm nie ustawał…

.. a mój trwa dalej. Ta piosenka jest przedmiotem mojego zapętlenia. Męczy mnie strasznie, ale nieustannie hula gdzieś po głowie i nie mogę się jej pozbyć.

Jeśli ktoś by mi powiedział, że muzyka CocoRosie niespecjalnie do niego przemawia, poleciłabym wybrać się na ich koncert i zobaczyć, co oni tam wyczyniają. Całą sztukę odstawiają: to nie koncert a spektakl na emocjach. WYBIERZCIE SIĘ KONIECZNIE, ja tymczasem znów jestem z nimi on fire i choć możliwe, że zaraz oszaleję, to jeszcze raz sobie posłucham.

PS. Wybierzcie się też w wolnej chwili na Nikiszowiec. W szybie jest galeria, widać, że dzieje się tam wiele z kulturą wspólnego.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *