Skip to content

Halo, tu Belgia

Mieszkam teraz w Antwerpii, mniejsza o to jak to się stało. Powiedzieć, że tak wyszło, że przypadek, to byłaby wierutna bzdura, że nie do końca planowanie to już niekoniecznie mija się z prawdą. Szybciej działam niż myślę ostatnio, więc nie zastanawiając się, spakowałam walizki jak tylko zadzwonił telefon. To śmieszna sprawa jest, bo człowiek nie do końca rozważa, analizy swat nie rozpisuje, tylko wysyła zgłoszenie, oni oddzwaniają, a kiedy już Cię zaakaceptują, to myślisz, czy to aby na pewno dobra decyzja. A tak można by narzekać i rozpaczać, niemal fizycznie odczuwać stratę nie do końca wiadomo czego. A tak? Klamka zapadła, wątpliwości się mnożą, a ty jak robot próbujesz wszystko na ostatnią chwilę załatwić i wyjeżdżasz.

Póki co północna Belgia, na granicy z Holandią, stabilny plan zajęć, regularne godziny posiłków i siedmiogodzinny sen.

Mówili, że będzie padało nieprzerwanie i do bólu; mimo to, nie zmieściłam kaloszy, więc z nadzieją szykowałam się na pełnię wiosny. Przez dwa tygodnie szczęście mi dopisywało i codziennie na Borzestraat budziło mnie słońce przez tę szybę, która jest oknem i ścianą w jednym. Jak tylko oko otworzę, widzę dachy kamienic- trochę się wychylę i całą ulicę. Dużo spokoju i pewności mi przez nie zagląda i chociaż ze względu na lokalizację mocno muszę zaciskać pasa, to nie zamieniłabym się na żadne inne tańsze, na uboczu. Mam swoje kilka metrów w samym sercu miasta skąd wszędzie mi blisko. Nie potrzebuję żadnych środków komunikacji, rozkładów jazdy ani tym bardziej czterech kół. Marzyłam swego czasu o rowerze: posiadanie własnej holenderki było równie ważne jak mieszkanie, choć mniej stresujące, gdy na tydzień przed wyjazdem ciągle się jej nie miało. Swojego roweru nawet użyczył mi poprzedni lokator- notabene holender, który życie w Tajlandii obecnie próbuje sobie ułożyć- ale mój zapał został bezdusznie ostudzony, gdy się okazało, że hamowanie, choć konieczne, grozi zawałem serca spowodowanym piskliwością oraz charczeniem hamulców. Zapomniał mi powiedzieć, że to jest noisy one. OKAY,  jest jeszcze opcja rowerów miejskich, śliczne czerwone zgrabne takie i punktów, gdzie je oddawać/ wypożyczyć można całkiem sporo. Acz wyszło na to, że wstyd na rower wsiadać, kiedy wszystko tak blisko.

Z czasem- choć nieprędko- przybyło nowych znajomych. Azjatka Decemi przyjechała z Hong Kongu na staż w jednej z korporacji, wcześniej studiowała w Glasgow, zeuropeizowana jest bardzo i chce tutaj zostać. W malutkim ciele, niesamowicie silny duch kobiety. Jest też Hiszpan, co z wyglądu Południowca w ogóle nie przypomina: swego czasu jego mama dała się zbałamucić jakiemuś amerykańskiemu guru, na szczęście w porę się zorientowała, że on bogiem to może i jest, ale i krętaczem strasznym przy okazji. Za to kiedy zaczyna opowiadać, gestykulować i oczy mu się z podekscytowania rozjeżdżają w każdą stronę- to już gorąca krew z niego wychodzi. I ta swoboda i szczerość wypowiedzi, zero zachowawczości. Generally speaking, I like school. Until someone tells me to bring a book and read: I CAN READ, I CAN DO IT IN MY BED.
Poznaję też kilku ludzi na comiesięcznym wieczorku studenckim, organizowanym przez właściciela budynku ku uciesze serc i żołądków wszystkich mieszkańców. Karmią mnie lasagną, poją miejscowym stella artis i jeszcze pakują na wynos. Kumulacja przedstawicieli całego świata, od Rwandy przez Holandię po Australię i z powrotem.

Do tego zen, dużo książek i filmów. Mam tu swój mały slow life, którego z Polski nie pamiętam, a który będę pielęgnowała do ostatniego dnia.

PS. Zdjęcie na głównej: Caffènation, Mechelsesteenweg 16.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *