Skip to content

Swanetia: jeziora Koruldi

Najpierw lodowiec Chalaadi, później jeziora Koruldi. Do pierwszego droga jest znacznie krótsza i raczej spacerowa, stąd zdążyliśmy wrócić do Mestii uzupełnić energię i jeszcze przed zmrokiem dotrzeć do jezior. Plan był na styk, ale wykonalny. Z małą podwózką, lodowiec poszedł nam bardzo szybko i przyjemnie, co pewnie nieco uśpiło moją czujność. Wiedziałam, że 16 km do przejścia to sporo, ale nie do końca wyobrażałam sobie wysiłek, jaki trzeba w to włożyć. Wszyscy wiedzieliśmy, że przed nami kawałek drogi, ale bardziej niż różnica w wysokości (1400 m) martwił nas uciekający czas. Też trochę zasiedzieliśmy się przy obiedzie w knajpie w centrum Mestii, gdzie dwie kelnerki i właścicielka obsługujące nasz czteroosobowy stolik zachowywały się tak nieporadnie, jakbyśmy byli pierwszymi gośćmi w tym sezonie. Ostatecznie na szlak wiodący do jezior weszliśmy dopiero o  13. Czyli dosyć późno.

Ale co z tym obiadem, to też taka zagwozdka. Nie wiadomo, czy nieporadność trzech pań była przypadkowa czy starannie wypracowana. To, że żadna nie rozumiała wystarczająco po angielsku, żeby zapisać zamówienie da się rozumieć, my sami po rosyjsku ani po gruzińsku też nie mówiliśmy. Przyjęliśmy na klatę, że dostaniemy co sobie wybraliśmy, chociaż nawet odczytać tego poprawnie nie potrafiliśmy. Ale już dodatkowe pozycje w naszych rachunkach, które ze względu na ilość zamówionych dań były łatwo dostrzegalne, wzbudzały nieufność. Później tłumaczenie, zdziwienie, lekkie niedowierzanie i znów przepisywanie, ponowne przeliczanie na kalkulatorach. I to swoje ładnych parę minut zajęło. Ostatecznie wyszliśmy syci, chociaż z małym rachunkowym niesmakiem.


POCZĄTEK SZLAKU W MESTII


DSC_7223aDSC_7229DSC_7233

DSC_7235


DO KRZYŻA 2200 m n.p.m.


Wiedzieliśmy, że trasę do jezior wyznaczają dwa główne punkty: pierwszy widokowy z krzyżem na wzniesieniu, a później już mieliśmy być u celu i odetchnąć z ulgą, że to te jeziora. Do samego krzyża prowadzą dwa szlaki, z czego pierwszy jest krótszy ze stromym podejściem, natomiast drugi łagodniejszy, lecz znacznie dłuższy (w drodze powrotnej okazał się być drogą dla samochodów). Nas gonił czas, bo wychodząc w góry tak późno musieliśmy przede wszystkim nadrobić to, co przesiedzieliśmy w Mestii.

Etap do krzyża, to przedarcie się przez stromy las, który wydaje się nie mieć końca. Co zakręt wyznaczamy sobie metę, żeby jakoś krok za krokiem iść i mieć poczucie, że w ogóle posuwamy się do przodu. Przystanki kończę wcześniej, żeby trochę wyprzedzić chłopaków, bo wtedy myślę, że może jednak nie jestem taka ślamazara i się nie wlokę, ale koniec końców oni i tak jakimś cudem mnie doganiają. Tak więc byle do krzyża, którego blisko przez półtorej godziny (może dwie) nie było. Dotarcie do niego rodziło nadzieję, że później już pójdzie z górki. Co nie do końca okazało się być prawdą, ale tę przysłaniały nam fantastyczne widoki.

Pierwsze poczucie ulgi to spojrzenie z góry na Mestię.

DSC_0551

Nawet na zdjęciu widać, że ramiona mam pospinane jak jasny pieron. Trzymam się mocno i za nic nie usiądę na skraju tej drewnianej wieżyczki, bo z tego punktu nie widzę gruntu i mam irracjonalne przekonanie, że w dole już nic nie ma, a nogi ciążą i pociągną mnie na dno jak dwa betonowe kloce. W głowie też się kręci, kiedy idziemy po stromej grani, jedna noga wyżej, druga niżej, w dole przepaść i do mózgu sprzeczne sygnały docierają. Wydawało mi się, że opanowałam lęk wysokości, nie jest paniczny, ale trzeba go pilnować, żeby się nie rozhulał.


PROSTO DO JEZIOR KORULDI


Wszystko nam się wydawało, a na pewno to, że od krzyża do jezior Koruldi to już jest rzut beretem. Jedyny realny strach to nie nasze siły i i wyparowująca woda z butelek, ale burze, które co rusz na horyzoncie się pojawiały. Ale jak nam powiedział Słoweniec również nocujący u Nino Ratiani: what you can do, you can just keep going. I tak przez te widoki, stada krów i chatki pasterskie maszerowaliśmy przed siebie i końca naprawdę nie było widać. Było przyjemnie, tylko te pląsające mięśnie, szybko uciekający czas i zbliżający się zmrok powodowały niepokój.

DSC_7264DSC_7261DSC_7260DSC_7271Po tym jak bezdomne psy towarzyszyły nam w Tbilisi, nie byliśmy zdziwieni obecnością nowego towarzysza. A to było mądre psisko pasterskie. Dotąd nie mogę wyjść z podziwu, że kiedy zobaczył jak cała nasza grupa przystanęła w odpowiedzi na czujny wzrok byka pilnującego stada, to zaczął szczekać, przepędził byka dobry kawałek od nas i przystanął dając nam znak, że możemy bezpiecznie iść dalej. Tak mi zaimponował (a ja łatwo w zachwyt nad zwierzakami nie wpadam).DSC_7257DSC_7276

W tym śniegu co wyżej ostatecznie usiadłam i zapłakałam, bo moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Na cyferblacie była godzina 18, a do miasta z powrotem daleko. I Polska grała w nogę o 20, mecz mieliśmy oglądać. Nie chciałam też blokować chłopaków zdeterminowanych do zobaczenia jezior. Jeszcze nawet jak mi znikali na horyzoncie to zwalczyłam dwa pagórki na grani, nie chcąc być gorsza. Jeszcze ze dwa i byłabym na miejscu, ale kto mógł wiedzieć. Długie pół godziny i chłopaki byli z powrotem. Opowiadali o rusku, który rozbił namiot nad samym jeziorem, snuli teorie, że może się przed kimś ukrywa, bo komu do głowy przyszłoby nocować każdego dnia w innym miejscu tak wysoko w górach. Jezioro pokryte w większości śniegiem pokazali mi na zdjęciu. I nie kazali żałować. Tak się łudzę, że byłam dzielna, a kolejnym razem będę też silniejsza.

Wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że trzeba było jeszcze wrócić. Entuzjazmu więcej, lekka ulga, ale sił nie przybywało. Schodzenie z gór też trudne, obciąża kolana, spina wszystkie mięśnie, buty uwierają i wszystko przeszkadza. Wody też już nie mieliśmy. Na szczęście w miarę prędko zbiegamy do krzyża, tam już jakiś międzynarodowy piknik, zamieniamy parę słów, częstujemy się chlebem i mięsem (tylko resztki godności nakazują ograniczyć się do poczęstunku, chociaż kiszki marsza grają). Wracamy dłuższą trasą i gdy marzę o misce z zimną wodą, żeby chlus do niej nogi wsadzić, widzę samochód, który w sam raz okazuje się pomieścić 4 osoby i zabrać nas do miasta. Własnemu szczęściu nie mogliśmy uwierzyć.

Powłócząc nogami zdążyliśmy i na kolację, i na mecz. Odnalazłam Słoweńca, który przy krzyżu pożyczył nam latarkę na wszelki wypadek, gdyby noc nas w górach zastała. Sam nie miał tyle szczęścia i musiał przejść całą trasę aż do miasta. Wrócił skrajnie wykończony, ale równie zachwycony widokami co my.

Jest wysiłek i trzeba nogi nastawić na kilkugodzinny marsz, ale nie ma nad czym się zastanawiać, tylko wyjść najlepiej rano, koniecznie z dużą ilością jedzenia i wody.

2 Comments

  1. Jak tam cudownie! I bardzo fajnie to opisałaś.
    No i ta fryzura! Mistrz <3

    • scooltury scooltury

      dzięki! to na głowie polecam, bo b. wygodne 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *