Skip to content

Lizbona

Mam w głowie poutykane mnóstwo miejsc, które kiedyś zobaczyłam, jeszcze jako dzieciak, dzięki rodzicom. Ale one się gdzieś kompletnie potraciły i czas poskładać wszystkie trasy, zabytki i widoki w jedną całość. Liznęłam trochę tej Europy- ale pamięć zawodna- pomieszała mi ją doszczętnie.
Ostała się w niej też Lizbona jako ta słoneczna, pełna turystów i radości co nie miara, że już nigdzie chyba piękniej. Mam takie jedno zdjęcie zrobione z zamkowego wzgórza, gdzie nawet do siebie całkiem już podobna jestem, w tej kurczaczkowo żołtej bluzce z koronką, którą pewnie jeszcze z szafy bym wygrzebała. I te niezniszczalne plastikowe okulary, które za nic w świecie potłuc i przy okazji zamienić na nowe się nie chciały. Na nim morze słońca i panorama miasta w tle. Dopiero grudniowa wizyta- jeszcze z całkiem szczęśliwego choć trzynastego roku- nieco sprostowała moje wyobrażenia.

W grudniu, kiedy sezon wakacyjny już dawno za pasem, ulice nieco pustoszeją, a ludzie niespiesznie podążają za codziennymi zajęciami. Tradycyjnie pokonujemy tak duże odległości na piechotę jak tylko się da, z komunikacji miejskiej korzystając tylko wyjątkowo. Przy tych wszystkich wzgórzach dwa razy zastanowimy się nim zejdziemy w dół, bo za moment może się okazać, że trzeba będzie wspinać się z powrotem, a to grozi poważnym treningiem ud. Ulice są raczej opustoszałe, dopiero w okolicach Chiado i Rossio ruch się zwiększa i klakson usłyszeć można, jak to w samym centrum zwykle bywa. Poza tym względny spokój: nigdzie nie widać business klasy, wieżowców i garniturów zmierzających na lunch. Trudno na pierwszy rzut oka stwierdzić, że to europejska stolica.
W każdym bądź razie do innych nie podobna.

My jednak po długiej podróży marzymy tylko o tym, żeby dotrzeć nad ocean. Ja popatrzeć, Milena zamoczyć stopy, bo wiadomo wtedy to już wakacje i chill out. Mnie wystarczy ta kawa, która w końcu na zachodzie ma znośną cenę jednego euro, a aromat taki, że przed kolejną filiżanką bronią jedynie ograniczone ilości magnezu do wypłukania. A wszystko po kolei, na wszystko mamy czas i nigdzie nam się nie spieszy. Do tego wino i pierwsze pastelki pod ręką.

MAŁE SAN FRANCISCO

Ja te miejsca, cable cary i most już gdzieś widziałam. Tam na zachodzie Ameryki i tu w Portugalii po tej samej stronie, skąd USA już tylko na wyciągnięcie ręki. Całkiem podobnie jest w kilku miejscach, tylko w Lizbonie jeszcze Jezusa z Rio wplątali w to wszystko.

BELEM

To tutaj pierwszego dnia prowadzą wszystkie przewodniki. Zabytki w stylu manuelińskim, wybrzeże, słońce jak pogoda da, ładne to wszystko i zgrabne, aż miło się patrzy i spaceruje. Natomiast rzecz do zapamiętania: absolutnie nie kupujemy wejściówek na dziedziniec klasztorny i bez Torre de Belem też się obejdzie. Strata czasu i pieniędzy, jak to człowiek na kawy i pastelki przeliczy, to serce się kroi i żołądek skręca.

Natomiast ja się kocham dozgonnie w…

AZULEJOS,

które z Lizboną związane są nierozerwalnie. To te kafelki na budynkach. Moje ulubione niebieskie. Trochę kojarzą mi się z tunezyjską porcelaną i maselniczką, którą przywiozłam lata temu babci, a która nie wiadomo gdzie się podziała; trochę też z ceramiką ludową, a wszystko pięknie odbija się w słońcu. Tym grudniowym również.

Bacalhau,

czyli dorsz (na naszym talerzu grillowany), bo tu ryby królują, jak to na wybrzeżu. Spróbować trzeba, więc znajdujemy jakiś swojski rodzinny interes, wszyscy się znają, śmieją i razem biesiadują. Kelnerka niemiła, ale to już wiemy z wcześniejszych doświadczeń. O ile łosoś smaczny całkiem  był, o tyle dorsz żyć nam do końca dnia nie daje i z owoców morza jesteśmy wyleczone. Chociaż trudno ściskającej Milenę babci- prawdopodobnie rodzicielki rodzinnego przedsięwzięcia- odmówić dobrych chęci i zamiarów.

Fado 

zamiast wprost powiedzieć, że to pożywka dla wygłodniałych turystów i historia o tym jak nie miałyśmy za co zapłacić w knajpie na Bairro Alto, powiem, że miło jest… posłuchać muzyki na żywo. To była cała misterna operacja, z której ostatecznie się wygrzebałyśmy, choć to najdroższy koncert do kotleta bez kotleta był. Jedna kucharka zmieniała drugą, dołączał się kto mógł, wszyscy śpiewali, nastrój był całkiem przyjemny, niestety w cenę wliczony.
Dusigrosze!

-s0.zmniejszacz.pl-DSC_1013_zmniejszacz-pl_275603

LXfactory

Na wysokości san franciskowego mostu można się natknąć na nowo zaadaptowany obszar. Kulturę tam chyba wieczorami uprawiają, bo za dnia tylko echo się niesie.

Kawa
moja wspaniała kawa, za łoną nucąc. Do tego amerykańskie lody cookie dough, które w niczym tych z campowej kantyny nie przypominały, ani smakiem, ani zawartością, ani wielkością. Za Sean’em mówiąc bigger is better but size doesn’t matter.

na Bairro Alto  z kolei kierujemy się, kiedy chcemy sobie urządzić pub- crawling, bo to nie jest ulica (jak Mariacka w Kato), ale cała dzielnica zapełniona barami i klubami. Ludzie konsumują głównie na zewnątrz, więc nie sposób nikogo nie poznać albo co gorsza: nie mieć gdzie pójść.

Odjeżdżam z myślą, że smutne to miasto ze po trosze smutnymi ludźmi. Wisi w powietrzu jakaś recesja, jakiś zastój i niepokoje społeczne. Chcę się zachwycać tymi budynkami, oglądam kafelka po kafelce, piję kawę za kawą, przywożę paczkę do domu, ale chyba nie chcę zostać na dłużej, mieszkać w nieogrzewanych zimą murach w zamian za dostęp do oceanu i codzienne spacery po wzgórzach. To nie ta Lizbona, którą zapamiętałam z wakacji, choć.. z tymi samymi widokami na wodę, za które można by dać się pokroić.

Be First to Comment

  1. Dawid Dawid

    Mimo, że mam znajomą w Lizbonie, nie udało mi się tam póki co udać…. ale miasto na twoich zdjęciach wydaje się być bardzo ciekawym miejsce… po tej stronie Atlantyku…. zawsze ma się uczucie pragnienia pokonania tej Wielkiej Wody.. w celu osiągnięcia niegdyś tak wymarzonego amerykańskiego brzegu…. gdzie wita Cię podniesioną pochodnią Pani Wolności…. 🙂 Miałaś też to uczucie?

    • Tym razem niekoniecznie. Za to parę lat temu na Cabo da Roca, gdzie jest tylko ocean, długo długo nic i dopiero NYC, to miało się wrażenie, że Ameryka jest na wyciągnięcie ręki. Poza wszystkim: statua wolności to jest taaaakie rozczarowanie. Ale o tym jeszcze będzie 😉

      • Dawid Dawid

        zgadzam się, odniosłem to samo wrażenie.. jakaś taka mała na tle Downtown….. 🙂 nawet nie płynąłem na nią, wolałem za darmo sobie ją kilka razy zobaczyć z pokładu darmowego promu na Staten Island, niż stać 3 godziny żeby podpłynąć na jej wysepkę… Mała i tak sobie zwyczajnie stoi i już. Bez rewelacji. Swoją drogą nie mogę się doczekać aż opiszesz Nowy Jork! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *