Skip to content

Ljubljana

listopad 2013, styczeń 2014
DSC_4014Lublanę trudno wziąć za stolicę.
Nic tutaj z gwaru, hałasu i tłumów spodziewanych w największych miastach kraju, a liczbą ludności nie dorównuje nawet Katowicom. Pamiętam, że początkiem listopada zimna sobota była, a tutejszy mikroklimat wysoce odczuwalny. Sugerując się mariborskim słońcem i niewielką odległością między miastami, niczego cieplejszego niż żakiet nie zabrałam przez co każdy promień słońca przyjmowałam z radością. Niech te promienie na zdjęciach Was nie zwiodą: poza południem na wzgórzu zamkowym, ranki i wieczory w listopadzie mogą być zimne.
Bo nad miastem właśnie wzgórze zamkowe góruje. Z niego rozpościera się fantastyczna panorama nie tylko na miasto, ale też pasmo Alp, o które miasto niemalże sie opiera. To ten widok jest atrakcją, sam zamek raczej niespecjalną.

DSC_4050

DSC_4036

Zabytków na pewno jest tutaj cała masa. Trimostovje, Uniwersytet czy ratusz- bez trudu zaprowadzi do nich każdy nawet najbardziej podstawowy przewodnik. Ja natomiast zapamiętałam Lublanę jako chłodną, ale słoneczną i spokojną mieścinę. Neza, którą poznałam rok może dwa wcześniej w czeskim Brnie, studiująca w Lublanie widzi ją inaczej: jako zapadłą dziurę, w której brak jest perspektyw i z której trudno się wydostać.Ale Neziczka, jak ją nazywaliśmy, nigdy nie miała skłonności do optymizmu. W każdym bądź razie stąd jeszcze bliżej do Włoch i nikomu chłód nie przeszkadza w piciu porannej kawy na zewnątrz- nawet w styczniu- chociaż na pewno zmusza do trzymania kubka w rękawiczkach (rozchylając jednak nieco szalik ze względu na słońce).

Miasto poleca się zwiedzać powoli i leniwie. Jest na tyle małe, że spokojnie zdążymy zajrzeć w każdy kąt, a kryje wiele urokliwych miejsc. Popołudniową sjestę można sobie zafundować w Parku Tivoli, wśród gwaru dzieci, ale jednocześnie spokoju ścieżek i połaci zieleni dookoła. Obiad w jednej z wielu zwykle zapełnionych przez studentów knajp (o studenckich kuponach słów kilka).

DSC_4003

DSC_4068

DSC_4089

DSC_4091

DSC_4113aWtrącę to zdjęcie, bo bardzo oddaje nasze błogie rozleniwienie. My już teraz nie te niespieszne i uśmiechnięte twarzyczki: zapracowane, zajęte i porozrzucane po różnych częściach kraju- ale niezmiennie w kontakcie.

DSC_4139

W kwestii noclegu

Mając znajomych chociażby na erasmusie, można wykorzystać podłogę w akademiku. Świetnie sprawdza się w przypadku całodobowych planów i wczesnoporannych powrotów. Nocleg w hostelu położonym w samym centrum Lublany chociaż wydaje się być najbardziej komfortowy, w praktyce może zamienić się w jedną z bardziej koszmarnych nocy, kiedy trafi się do pokoju 8-osobowego, pośród 6 facetów, w tym jeden chrapiący bezlitośnie. Nerwów nie ukoją nawet żałosne próby dobudzenia tymczasowego współlokatora, okrutne w swej formie szturchanie, a koniec końców śmiech, kiedy nic innego już nie pozostaje. Ostatecznie couchsurfing sprawdził się w pełni. Trafiłyśmy do Brazylijczyka, który nie tylko ugościł nas w swoim małym, ale idealnie położonym mieszkaniu: przy Metelkovej (kto był ten nie wie!), ale i pokazał nocne życie miasta i miejsca, do których nawet z najbardziej szczegółową mapą byśmy nie trafiły.
Dzisiaj Lublana to dla mnie Metelkova, ale o niej jeszcze będzie.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *