Skip to content

Lwów

Ukraińska granica cierpliwości

Pod żadnym pozorem nie należy jechać do Lwowa autobusem z któregoś z polskich miast. Taki chociaż bezpośredni i nie wymaga przesiadek, dźwigania bagażu, to jednak utyka na granicy w kilkugodzinnym korku. Żeby jeszcze coś się działo, żeby nam sprawdzali torby, patrzyli głęboko w oczy i weryfikowali dokumenty, ale tam jak gdyby nikt nie pracował. Kierowca to odpala, to gasi silnik. Wychodzimy rozprostować nogi, ale te już w kolanach zastane, później skurcze łapią okrutne. Jest gazeta, czytnik, i telefon z urywanym Internetem (Kasia dostanie wysoki rachunek, ale jeszcze nie wie, nie mówcie jej). Wszystko mierzi człowieka. I te nogi zdrętwiałe, i ludzie, ich rozmowy przez telefon. Niech ktoś za to zapłaci.

A tak po prawdzie to odzwyczailiśmy się od stania na granicach i mniej w nas cierpliwości. Trochę nas Unia rozpieściła. Ale wygodniej jechać po prostu do granicy, zostawić samochód, przejść na stronę ukraińską na piechotę i później marszrutką albo elektriczką dotrzeć do Lwowa. Spora oszczędność czasu i nerwów, my niestety tego pierwszego pożałowałyśmy przy planowaniu przejazdu.

Może pod gołym niebem spać nie będziemy 

Postój ożywiła wiadomość, że nie mamy jednak noclegu. Problemy z wodociągami, napisali. Także nasz 80-metrowy apartament, z balkonem i widokiem na stare miasto zamieniłyśmy na pokój w hostelu z towarzyszem Siergiejem. Wcale źle na tym nie wyszłyśmy, bo portfel grubszy, ale ile kosztuje człowieka rozczarowanie, to wiemy. Ostatecznie w ten sam weekend jeszcze dwie ekipy naszych znajomych w ten sposób potraktowano. Najprawdopodobniej oferowane apartamenty są noclegami-widmo i przynętami na dobry kwaterunek w centrum, kiedy w rzeczywistości zostając z niczym człowiek się godzi na oddalone o parę kilometrów od centrum mieszkanie. Warto mieć na uwadze ewentualne potyczki, jeśli się rezerwuje apartament.

Dworzec główny we Lwowie
Kasia i mapy, i ruskie literki czyta najlepiej, więc bez wahania oddałyśmy jej prowadzenie wycieczki.
Kasia i mapy, i ruskie literki czyta najlepiej, więc bez wahania oddałyśmy jej prowadzenie wycieczki.

Processed with VSCO with g3 preset

Zwiedzanie

O zabytkach się nie rozpisuję. W żołnierskich słowach tylko wspomnę, że widok z wieży ratuszowej na dachy Lwowa godzien polecenia. Na wzgórze zamkowe (kopiec Unii Lubelskiej) dobrze się udać w celach rekreacyjnych. Lwów zbyt duży nie jest, to tych kilometrów nie zrobimy tyle, żeby endomondo oszalało, a kuchnia tłuściutka. Cmentarz Orląt Lwowskich i kościoły (z naciskiem na katedrę ormiańską) też nawiedziłyśmy. Jak się kto wybiera zobaczyć więzienie na Lontskogo, to lepiej z przewodnikiem (samo wejście jest darmowe). Poza tym wszystko o czym w przewodniku wspominają zobaczyć warto, bo nigdy nie wiadomo co nas zachwyci. My tylko Park Szewczenki sobie odpuściłyśmy.

Ale warto na pewno

Pójść do Opery. My akurat na Wesele Figara trafiłyśmy. Dużo tam polskich kamratów, bo podobno „warto tam być”, chociaż niektórzy systematycznie na przełomie trzech godzin się ulatniali. Czego nie zrozumiałyśmy to doczytałyśmy później, natomiast każde znane przeze mnie włoskie zdanie cieszyło, podobnie jak Kasię składanie ruskich literek. Poza tym to eleganckie wnętrze opery, nasze brokaty i aura dostojności. Dla równowagi później można wybrać się na piwo do Prawdy (Rynok Square 32). Dają piwa kraftowe i muzykę na żywo. Na gastro spróbować naleśników z okienka w uliczce na przeciwko Prawdy.  A w słoneczny dzień udać się na dach Manufaktury Czekolady.

Wybrać się do Kopalni Kawy. Nie tylko dlatego, że sprzedają tam muminy, ale dla zapachu kawy, który się tam unosi, całkiem smacznego śniadania w podwórzu i tony gadżetów dla milusińskich.

A w czwartek o 19:30 zajrzeć na spotkanie ludzi z couchsurfingu w Dzyga Gallery przy Virmenskiej 35. Schodzą się ludzie najróżniejszej maści i jak zapytasz to powiedzą co ich akurat tutaj przywiodło. W tym czasie, kiedy my akurat odwiedzamy Lwów jest David, który w Stanach sprzedaje suplementy diety i nawiguje z Ukrainy, Nowojorczyk, który po siedmiu latach na Wall Street przejadł się finansami i osiadł w Słowenii, Nigeryjczyk przyjechał się uczyć, Niemiec organizator spotkania, który prowadzi agencję turystyczną (ten od free walking tours- ruszają o 12:00 spod Opery), sympatyczny Gruzin, który kompletnie nie pamiętam, czym się tam zajmuje i tuzin innych ludzi, z którymi słowa nie zdążyłyśmy zamienić. Polak freelancer też wśród nich był (zdalna praca, magia). Na końcu pojawia się jeszcze szamanka- Ukrainka (studentka psychologii), z którą nie zdążysz się przywitać, a już rzuca zaklęciami i mówi co masz na twarzy wypisane, czyś człowieku leniwy, ale zdeterminowany (jak ja), czy na odwrót (jak Kasia) albo nie wpuszczasz do życia ludzi, którzy mogą Ci w sercu lub życiu narobić syfu (jak Aśka, cwaniara). Trochę zaczęłyśmy się utożsamiać, to powątpiewać i myśleć, czy więcej w tym sensu niż w horoskopie. Aśka realistka najmniej się wkręciła, ja jestem skłonna uwierzyć, Kaśka zdjęcia znajomych pokazywała, czy godni zaufania. W każdym razie pobudziło to nas do myślenia i to całkiem ciekawa wycieczka do siebie była.

Niekoniecznie zachwyca natomiast

Jedzenie. Knajpy z typowo ukraińskim jedzeniem nie sposób było znaleźć, nawet jeśli wcześniej przekopałyśmy internet w tym celu. Najwięcej takich dań chyba w popularnej Puzata Hata (Sichovykh Striltsiv 12) i tam można się ze smakiem najeść do syta. Poza tym dla odważnych wegetariańskie Green Cafe z pizzą grubo posypywaną suszoną słodką papryką.  Najlepiej wspominamy naleśniki z budki, no naprawdę.

Rozsławiona Kryjówka (bar, Rynok 14), gdzie na wejściu częstują pięćdziesiątką na zachętę, poza tym nawiązania do UPA i tempo obsługi nie zachęcają do ponownych odwiedzin. Jest to jakaś atrakcja na turystycznej mapie Lwowa, ale drugi raz już bym się raczej nie wybrała tam.

Banka (pasaż Kryva Lypa 7) z kolei na modłę europejską (również ceny), gdzie serwują wszystkie trunki i przekąski w słoikach. Postawa managerki, traktującej wszystkich wokół jak gorszy sort, włącznie z nami klientami, woła o wyjście i niewracanie.

Poza wszystkim, wróciłyśmy zachwycone.

 

2 Comments

  1. Oj, mnie Lwów nie umiał do siebie przekonać. Ale za to, jadąc autem, na granicy nie staliśmy nawet pół godziny 😀 A Puzata Hata wymiata!

    • scooltury scooltury

      Dużo w sumie zależy od okoliczności – za pierwszym razem, w drodze na Krym, mieliśmy paskudną pogodę i wyglądać spod parasola się nawet nie chciało, teraz i pogoda sprzyjała, i miasto się dało poznać od dobrej strony. Ale z tym staniem na granicy to chyba nie ma reguły, parę dni temu znajome stały 3 godziny z kolei.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *