Skip to content

„Mam na imię Lucy” – jak czasem ocenię po okładce

Książkę dostałam w jednym prezencie z prawniczymi wydawnictwami, prawdopodobnie dla zrównoważenia ilości paragrafów. I chociaż darowanemu w zęby się nie patrzy, to trochę z żalem spojrzałam jak inna dziewczyna wyciąga z torebki jeszcze pachnącego „Króla” Twardocha. Wtedy nie wiedziałam co prawda, że tak spodoba mi się jego „Drach”, który już czekał na półce, ale jak kapryszące dziecko chciałam właśnie TĘ książkę. Jednak na własność miałam Lucy. I chociaż ani tytuł, ani autorka nic mi nie mówiły, a okładka nie wydawała się specjalnie atrakcyjna, to dobrze, że wpadła w moje ręce. Zmyliła mnie po prostu ta pretensjonalna naklejka „najlepsza książka 2016”. No na bank pomyślałam – chyba kolejna zbędna lektura na mojej półce (a propos zbędnych lektur to tutaj). I do tego ogromne odstępy między wierszami, żeby przyciągnąć tych, których większa ilość znaków mogłaby spłoszyć.

A przeczytałam w dwa krótsze wieczory. Rozdział za rozdziałem – są dosyć luźno ze sobą powiązane, chronologia nie odgrywa tu żadnej szczególnej roli, więc przerywając lekturę nie traci się wątku. Narratorka, tytułowa Lucy, relacjonuje swoje rodzinne zawiłości prosto ze szpitalnego łóżka, w którym pobyt jej się nieco wydłużył. Jest już znaną pisarką, mieszka w Nowym Jorku, a dzieciństwo spędzone w upokarzającej biedzie ma za sobą. Historia trochę rodzinna, ze szczególnym uwzględnieniem trudnej relacji córki z matką, a przez wiele lat właściwie jej braku. Do tego jeszcze niemożność podjęcia szczerej rozmowy w miejsce półsłówek, plotek i przemycania wyjaśnień bądź pretensji.

Na pozór całkiem zwykła historia o życiu. My zawsze tak w liceum o życiu chcieliśmy rozmawiać, o wszystkim i niczym. Ale tutaj autorka nie zabija czasu kwiecistymi opisami i wodolejstwem, raczej waży słowa i używa ich oszczędnie. Wydaje się, że opowieść jest dosyć chaotyczna, ale z każdą stroną bardziej widać, że autorka przemyślanie dawkuje kolejne istotne szczegóły. Błąkają się też pośród tych niewielu w sumie stron i szerokich odstępów takie niby oczywistości, które uwielbiam wynajdywać. Nie wiadomo do końca, czy się zachwycać, czy traktować jak tani banał, ale każdy zrobi jak będzie chciał:

Mimo to kochałam go. Spytał, co jadaliśmy kiedy byłam mała. Nie powiedziałam mu: „Zwykle chleb z melasą”, tylko „Najczęściej fasolkę po bretońsku”. „A co robiliście później? Siedzieliście i pierdzieliście?” Wtedy zrozumiałam, że nie wyjdę za niego za mąż. Zabawne, że coś takiego może ci uświadomić coś dużo ważniejszego. Możesz zrezygnować z dzieci, o których zawsze marzyłaś, możesz znieść uwagi na temat swojej przeszłości albo ubrań, ale nagle jedna drobna wypowiedź i schodzi z ciebie całe powietrze.

Bardzo podoba mi się też zabłąkane na różnych stronach spostrzeżenie o tym, że człowiek potrzebuje mieć zawsze punkt odniesienia w innym człowieku, potrzebuje czuć się lepszym niż inni i przez innych się definiuje. Sort gorszy, sort lepszy. Trudno z tą naturą polemizować.

I chociaż nie wpadłabym na pomysł oklejania akurat tej książki taką „najlepszą” naklejką, to się naprawdę dobrze czyta. Może spokojnie stanąć na półce, wstydu nie będzie jak kto wpadnie i popatrzy, co na regale trzymam.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *