Skip to content

Pilsko w Beskidzie Żywieckim

Nigdy po górach nie chodziłam. Nawet jeździłam w nie rzadko: spacer nad Morskie Oko, może raz Wetlina w Bieszczadach, Równica w Ustroniu i jak daleko sięgnę pamięcią to jeszcze Hala Boracza z jakąś wycieczką klasową się zdarzyła. Ale na pewno nigdy nie traktowałam tego jako sposobu na spędzanie czasu, nie przywiązywałam do gór wagi, a już na pewno nie emocjonowałam się nimi jakoś szczególnie. Pociągał mnie Paryż, chciałam pojechać do Włoch i Hiszpania też by mnie zadowoliła. Natomiast nasze polskie góry nie wydawały się jakoś szczególnie emocjonujące. Dopiero siódme poty, który z siebie wylałam wspinając się na Jeziora Koruldi w gruzińskiej Swanetii i widoki, które dzięki nim zobaczyłam obudziły chęć na częstsze takie piesze wycieczki, po których co prawda nogi bolą i człowiek nie ma siły do późnych godzin nocnych popijać piwka ze znajomymi, ale o tyle lżej mu się na duszy robi i większa przyjemność z życia jest.

DSC_7889a


HALA MIZIOWA 1330 m n.p.m.


Jak się idzie w góry, to wstać trzeba wcześniej i na to nie ma rady. Raz ze względów pogodowych, bo lżej się idzie, kiedy słońce w twarz nie pali, a dwa że samo dotarcie do szlaku trochę czasu zajmuje, w zależności od tego, kto gdzie mieszka. Mnie trudno się zebrać do zwykłych obowiązków o 7.30 rano, ale na hasło wycieczka otwieram oczy bez większego żalu i już o 5.15 spokojnie gotuję solidną porcję owsianki. Z Katowic do Korbielowa mamy półtorej godziny drogi. Mieliśmy iść żółtym szlakiem, ale podjechaliśmy nieco wyżej i miejscowi polecili, żebyśmy się po prostu trzymali wyciągu i dojdziemy do schroniska na Hali Miziowej (1330 m n.p.m.). Podobno nie ma w Beskidach wyżej położonego schroniska.

Jak tam zwykła domowa buła z żółtym serem i kawa smakują, nie macie pojęcia. Zabrałam, owszem. Po tym jak cały dzień krążyliśmy po Swanetii, a nasze zapasy kurczyły się w szalonym tempie, postanowiłam, że zawsze w plecaku muszę mieć coś na wszelki wypadek, gdyby energii brakowało. Tam żadnych schronisk oprócz chat pasterskich nikt nie widział, w Polsce ten biznes lepiej hula. Gdybym wiedziała, to jak Michał uraczyłabym się pierogami z jagodami, a tak to zapasów szkoda wyrzucać.

Ze schroniska czarnym szlakiem najpierw na polskie, a później słowackie Pilsko przez gąszcz kosodrzewiny się pięliśmy.

DSC_7885abDSC_7896DSC_7897DSC_7907DSC_7893


PILSKO 1557 m n.p.m.


Ze szczytu widać Babią Górę, jezioro Żywieckie no i Słowację. Dużo Słowaków spotykamy, ale wbrew pozorom, pomimo tego, że są wakacje, to żadnych tłumów turystów nie widać. Być może wszyscy poszli w Tatry. Tutaj sama przyjemność. Zero przeciskania się, od czasu do czasu tylko kogoś pozdrawiamy. Dla urozmaicenia wracamy niebieskim szlakiem, który jest nieco mniej przyjemny. Wiedzie głównie przez haszcze, las i podmokły po deszczach teren, więc trzeba bardziej patrzeć pod nogi niż rozglądać się wokół siebie i podziwiać widoki. Przede wszystkim jednak ten szlak jest dłuższy. Zeszliśmy innym zboczem niż wchodziliśmy, dlatego na koniec została nam godzina marszu asfaltem, żeby dotrzeć do samochodu.

DSC_7926

DSC_7927 DSC_7922 DSC_7938 DSC_7948b DSC_7960 DSC_7963DSC_7958a

To nie była długa wycieczka. Razem z dojazdem, spokojnym marszem i śniadaniem w schronisku zabrała nam maksymalnie 10 godzin i jeszcze całe popołudnie mieliśmy dla siebie. Nie mówiąc o niedzieli na odpoczynek. Na dłuższe wyprawy trzeba mieć i czasu więcej. A zdarza się tak w życiu, że dalej wyjechać nie można, a do świata człowieka rwie. Można w ten sposób wynegocjować z samym sobą, że takie częstsze, ale krótsze wypady przynajmniej na chwilę ukoją tę potrzebę. Tym bardziej, że jak Kasia mówiła „jak jadę w góry to się odcinam i resetuję, nic nie istnieje”. Tutaj człowiek odpoczywa.

No i do diaska, trzeba wiedzieć wokół czego się mieszka.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *