Skip to content

Poniedziałkowe dzieci

patti smith

Czy to przez suchość faktów, sposób ich podania, czy chronologiczne ułożenie wydarzeń- książki biograficzne nigdy nie należały do moich ulubionych- raczej do tych skrzętnie pomijanych. Coś jednak drgnęło od lektury Yoko i John. Dni, których nie zapomnę. W tym momencie najchętniej sięgam po książki wracające do lat 70. i okolicznych. Wspominają narodziny gwiazd, które mi przyświecają, tłumaczą ich fenomen, a przynajmniej wskazują jego źródła. A już najlepiej jak historie te oscylują wokół Nowego Jorku. Poniedziałkowe dzieci, napisane przez Patti Smith, są jedną z nich.

Tytułowe dzieciaki to właśnie Patti i jej partner- Robert Mapplethorpe. Kochanek, przyjaciel, bratnia dusza? Relacja ta przybierała tak różne postaci, że trudno ją scharakteryzować, nie mniej jednak jest osią historii- wszyscy inni bohaterowie niejako wspierają ją. Ta dwójka jest ze sobą- choć w różnych relacjach i kombinacjach- od ulicznej biedy po salonowe przyjęcia. Po drodze poznajemy Janis Joplin, Warhola, Ginsberga i inne gwiazdy ówczesnej bohemy przewijające się w tle. Pojawiają się też Yoko i Lennon, którzy po przeprowadzce z Londynu sąsiadują z Patti. To zazębianie się wydarzeń i przenikanie postaci jest fascynujące. Jak oni wszyscy na siebie oddziałują, jeden jest mentorem, inny uczniem, a jedni drugich fascynują i inspirują. Kilka historii można tak naprawdę zebrać w jedną całość.

Bardzo dobrze czyta się o ludziach, którzy wszystko robili dla sztuki, podporządkowali jej każdy swój wybór. Tylko ze strony na stronę coraz bardziej nie potrafiłam oprzeć się wrażeniu, że ta historia spisana przez piosenkarkę w hołdzie zmarłemu na AIDS Robertowi jest nieco wygładzona. Nic, że narkotyki, seks i rock’n’roll. Wszystko co typowe dla życia bohemy jest podane w tej opowieści bardzo delikatnie, jak rzecz najnormalniejsza w świecie. Żadnego żalu, oburzenia czy krytyki. On sie prostytuuje- ona tylko zaciska zęby, a pokłady miłości do niego dalej zdają się być niewyczerpane. Po prostu byli oni, te czasy i wszystko się działo. Mało żalu, mało pretensji, a ponad wszystkim sztuka. Momentami trąci to ckliwością, ale może to po prostu jest umiejętność oceny przeszłości z dystansu? Pominięcie negatywów dla jakichś wyższych celów? wspomnień lub dobrego imienia?

Koniec końców, jakby Patti tego nie wygładziła, w jak dobrym świetle nie przedstawiała: historia tej dwójki snującej się po ulicach Nowego Jorku jest fascynująca. Rock’n’rollowej prawdy  dociekać chyba nie ma potrzeby.

2 Comments

  1. Tym bardziej zaintrygowało mnie to „wygładzenie” historii – mam swoją teorię w tym temacie, ale chyba muszę przeczytać książkę, żeby móc o tym podyskutować.. 😉

    • Koniecznie, a zaraz potem podziel się tą teorią 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *