Skip to content

Saloniki autostopem: mission failed

Całkiem przyjemnie byłoby napisać, że to bardzo prosty sposób na zwiedzanie, odbycie przygody i zaoszczędzenie pieniędzy; że wystarczą dobre chęci, ramowy plan podróży i odrobina szczęścia. Tymczasem plan może okazać się zbędny (albo finalnie nie przypominać tego początkowego) dobre chęci niewystarczające, a szczęście kluczowe. O ile w trakcie krótkich odcinków (Stomio i Ambelakia) nie jest to tak dostrzegalne, to już ruszając w dłuższą trasę trzeba się liczyć z tym, że nie wszystko może pójść tak jakbyśmy sobie tego życzyli. Trzeba podejmować szybkie decyzje (do samego końca nie wiadomo czy trafne), wiedzieć gdzie wysiąść i nigdzie po drodze nie utknąć. Jak my.

Plan w zasadzie  był szalenie prosty: dotrzeć do Salonik. Do wąwozu Tembi, a później drogą szybkiego ruchu na północ, wzdłuż wybrzeża. Sunęło się gładko: najpierw restaurator zabrał nas do Platamon, a to pierwsza mieścina turystyczna na greckiej riwierze, skąd można było dojechać prosto do Salonik. Przynajmniej na mapie. Tylko my- mało cierpliwie- połakomiłyśmy się na te ciepłe jeszcze pączki prosto z bagażnika piekarza i dotarłyśmy z nim do Leptokarii. Tam niby funkcjonował zjazd na autostradę, ale jak się później okazało: mało kto z niego korzystał. Ani się obejrzałyśmy a poranek w południe się zamienił, nektaryny skończyły, posiadówki na krawężniku zaczęły nużyć. Trochę rozbudziło nas kierowanie ruchem przy autostradzie, co wcale nie jest takie niedorzeczne biorąc pod uwagę, że Grecy kiedy wybiorą zły zjazd, to… cofają. Zrobił się mały raban, aut zjechało tyle, ile przez cały dzień nie widziałyśmy i ni stąd ni zowąd zawyła policyjna syrena. Co sobie pogadałam- to moje, ile oni zrozumieli- nikt nie wie. W każdym bądź razie tak szybko jak się zakurzyło, to ucichło- nerwy i serducho Agacie ocalając.

Później przestało nas to bawić, chciałyśmy zobaczyć Saloniki, dlatego resztę drogi przebyłyśmy pociągiem, nie żałując jednak, że spróbowalyśmy swoich sił. Koniec końców, autostop to świetna forma na spontaniczne wypady, nie objuczone żadnymi terminami i godzinami. Wtedy bierzesz po prostu to, co chwila przynosi. Jakiekolwiek ograniczenia czasowe i planowe mogą spowodować jedynie frustrację.
Także na wszystko jest czas. I na dłuższe stopowanie jeszcze przyjdzie!

DSC_3948

Bardzo zaskoczone początkowo byłyśmy różnorodnością tego, co reprezentuje sobą miasto. Droga (prosta) do centrum wiedzie przez przeludnioną główną ulicę, gdzie hałas zagłusza jakiekolwiek życie, roboty drogowe są w pełni, a budynki obskurne i zaniedbane jak nigdzie indziej. W dużej części przysłonięte zresztą reklamami. Na Monastirious i Egnatia pełno imigrantów, wszyscy czymś handlują, targują się, przepychają.
Przedzieramy się do centrum, lekko zaniepokojone tym co zastaniemy.

Ale jak widać okolice placu Arystotelesa, samo centrum Salonik, prowadzi do tej bardziej urokliwej części miasta, pełnej życia i tureckich naleciałości.

DSC_3957
plac Arystotelesa

DSC_3954

DSC_3986

Jak się miesza starożytność ze współczesnością

Saloniki to miasto kontrastów. Tutaj czasy i style wymieszały się ze sobą, tworząc dosyć dziwne zestawienie. Co stare zostawiono dla potomnych, nowe dobudowano na własny obraz i podobieństwo. Zabytków licznie wymienianych przez przewodnik trzeba szukać w głębi osiedli i dzielnic, a trzeba wiedzieć, że skrzętnie są tam poukrywane.

DSC_3959
wykopaliska archeologiczne: ruiny forum romanum
DSC_4018
kościół św. Pantaleona

DSC_4020

DSC_4023

DSC_4010
kościół Panagia Dexia przyszedł nam z pomocą na czas godzinnego oberwania chmury

Z  rzeczy koniecznych do podróżowania stopem trzeba zaliczyć pokorę. Z przytupem mówię, że jak się jej nie ma na początku, to z pewnością się nabierze w drodze. Do tego kilka cennych wskazówek na przyszłość gratis!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *