Skip to content

Signagi w Kachetii

IF

To są ostatnie nasze dwa dni w Gruzji. Zobaczyliśmy Swanetię, zamoczyliśmy nogi w Morzu Czarnym przy brzegu Batumi, dotarliśmy też do Kazbegi. Teraz zostajemy w Tbilisi. Wystarczy nam już porannych pobudek, żeby czym prędzej rozpocząć trekking. Dlatego niespiesznie ruszamy metrem na dworzec Samgori i przez odgórnie narzucany niepośpiech spóźniamy się na marszrutkę, która miała odjechać o dziewiątej do Signagi w regionie Kachetii. Trochę zajęło nam jej szukanie, bo dworzec to w istocie bazar i nieoznakowana dżungla, ale trzymając się zasady koniec języka za przewodnika, trafiamy. Przyjdzie nam teraz czekać w środku niepierwszej świeżości marszrutki, zaduchu, w ciągłym oczekiwaniu, że właściwie to już, zaraz pojedziemy. Niby kierowca rysując palcem po kurzu pokrywającym szybę zapewnia, że postara się wyruszyć wcześniej (może tak 10.15, może 10.30 maksymalnie), co się oczywiście nie dzieje, bo to jest georgia maybe time (o której pisał Meller), a marszrutkę trzeba upchać ludźmi do granic możliwości. Przechodziliśmy już to, ale ciągle jeszcze po tygodniu pobytu w Gruzji wierzymy, że wszystko będzie na czas.

dsc_7745Poza tym nam się nie spieszy, bo po pierwsze jesteśmy na wakacjach, a po drugie tak postanowiliśmy. Przed nami półtorej godziny oczekiwania na odjazd w każdej chwili, w ciągle bogacącym się towarzystwie. Na przedzie Gruzini, nie mówiący po angielsku, za nimi nasza polska dwójka. Dołącza Amerykanin mieszkający od roku w Gruzji i Kalifornijka, którą on najwidoczniej obwozi po tym dzikim kraju. Chwilę przed nimi dosiada się irańska rodzina. Wymiana zdań rozpoczyna się niemal naturalnie, kto jest skąd, jak trafił do Gruzji i czemu akurat tutaj. Amerykanin mówi co zobaczyć w Signagi, a gdzie się udać jak wrócimy do Tbilisi. Irańczyk opowiada o tym, że mieszkał w San Diego. Trzydzieści lat temu. Polskie powiązania też znajduje. Już trochę młyn geograficzny i narodowościowy się robi, kiedy dosiada się para izraelskiej młodzieży. Z izraelską pieczątką w paszporcie do Iranu nie wjedziesz, ale w marszrutce nikt dokumentów nie sprawdza.

Trochę się niecierpliwimy, że tyle siedzimy i skórzany fotel do spodu się klei, ale dzielnie walczymy z naszym europejskim zorganizowaniem (bardziej ja, Bartek na to kicha i skrzętnie mi to wypomina). Oczekiwanie zresztą miało być ciekawszą częścią podróży. Później tylko znaleźliśmy się w mieście, o nieco włoskim klimacie, z pięknym widokiem na równinę Alazani, które odnowioną facjatą miało przyciągnąć tłumy turystów, a które jednak nie przyjechały i mieszkańcy zastygli na głównym rynku w oczekiwaniu na ich przybycie. Ale tego jeszcze nie wiemy i ciągle czekamy na odjazd.

Głównym piewcą opowieści jest irański tata. Z lekko oszronioną już głową, powolnym i dokładnym angielskim opowiada w skrócie historię Iranu i zawiłości polityczne. Skrzętnie i z pełnym zrozumieniem, a jednocześnie taką jasnością przekonań perswaduje młodym Izraelczykom, że terroryści nie są z Iranu. Że przyjeżdżają z Pakistanu, z Iraku. Irańczycy to gościnny naród i jak tylko przyjedziemy to oni nas stosownie ugoszczą. Jego żona, która ani słowa nie zamieniła, cały czas tylko aprobująco kiwała głową, lekko się uśmiecha i wyszukuje w Internecie zdjęcia miejsc, które musimy zobaczyć. Nas pytają jak z Polską i czy u nas bezpiecznie. Ważę słowa, bo towarzystwo mieszane, nikogo urazić nie chcę i mówię nie patrząc na żonę Irańczyka w burce, że trudno stwierdzić, ale nasza nasilająca się ostatnimi czasy niechęć do obcokrajowców, która jest wstydliwa z jednej strony, z drugiej sprawia, że mniej u nas jest muzułmanów, mniejsza różnorodność kulturowa niż u naszych sąsiadów i to wzmaga w nas Polakach (być może złudne) poczucie bezpieczeństwa. Trochę później spoglądam na jego żonę, chyba nie żywią urazy, ale mówię co widzę.

Temat wyczerpuje się w miarę zapełniania marszrutki ludźmi. Kiedy robi się prawdziwie duszno, Irańczyk prosi, aby przekazać kierowcy, że jak natychmiast nie ruszy to wysiadamy. A kiedy  wydaje się, że szpilki nie da się już wcisnąć do tego busa, pojawia się szwedzka rodziną z dwójką malutkich dzieci. Początkowy jęk zawodu ze strony pasażerów przeradza się za sprawą Gruzinów w szybki plan ulokowania męskiej części rodziny na samym tyle, a blond szwedka z typowo skandynawską jasną cerą przysiada z niemowlakiem na rozkładanym krzesełku. Dziewczynka tylko przygląda się światu aż upał jej nie zmorzy. Irańczyk częstuje ją flipsami na urozmaicenie podróży. Chyba miał rację mówiąc mimochodem, że ludzie to ludzie, oni są dobrzy, to głównie politycy budują mury (people are just people, these are politicians who mess up).

W Signagi doradzono nam kupić od razu bilet powrotny od babuszki, bo to nie wiadomo, czy będę miejsca na ostatnią godzinę. Trzy razy delikatnie dopytuję, czy szczątek paragonu, na którego odwrocie jest napisana dwa razy data i raz godzina odjazdu obejmuje dwie osoby. Europejska dociekliwość i prawnicze niedowierzanie każe mi się upewnić, że jak przyjdę o osiemnastej to mi nie powiedzą, że zapłaciłam tylko za jeden bilet, bo tam o cenie nie było mowy. Kierowca, któremu później wręczyłam bilet, nie miał żadnych wątpliwości co do jego wartości.

IFdsc_7789dsc_7810aIF

Obeszliśmy Signagi wzdłuż murów obronnych. Miasto wydawało się być spowite włoską siestą, słychać było tylko cykady i co jakiś czas rozrywający dźwięk silnika dochodzący z quadów wypożyczanych turystom. Dodajmy nielicznym turystom. Po drodze napotykamy pana klucznika, który sam zachęca nas do wejścia na teren budowy hotelu, z którego piętra rozciąga się widok na równinę Alazani, kolejnego psiego towarzysza i irańską rodzinę z marszrutki. Wchodzimy też na cmentarz i dziwimy się portretom na nagrobkach ukazujących zmarłych nierzadko w pełnej krasie. Obiad jemy w samym centrum. Smakował jak przygotowany w nadziei, że wygłodniali turyści nie będą narzekać, a podany był przez kelnerkę, która ani na moment nie potrafiła rozstać się z telefonem komórkowym. Chyba tylko dzięki tarasowi z pięknym widokiem to miejsce jeszcze funkcjonuje. Nawet żeby zapłacić trzeba się było upomnieć, bo kelnerka utonęła w odmętach sieci internetowej.

W tym mieście było miło i ładnie, ale nie tak porywająco jak w górskiej Swanetii, dlatego cała przyjemność bycia w trasie (również powrotnej) z resztą załogi i kurą podróżującą w torbie babuszki. Nikt już się jej nie dziwił, nikt.

dsc_0430

 

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *