Skip to content

Sri Pada – nocne wejście na Adam’s Peak

Blisko 5500 schodów do pokonania. Niby nic wielkiego, ale to daje ok. trzy godziny dosyć monotonnego pięcia się po betonie do góry w oczekiwaniu na pojawienie się szczytu Adama (2200 m n.p.m.). Wejście nocą może być łatwiejsze ze względu na rześkie powietrze i atrakcyjniejsze z tego względu, że przy odrobinie szczęścia można liczyć na taki wschód słońca, który nam było dane obejrzeć. Z drugiej strony to niekoniecznie przyjemność dla osób, które ponad nawet najbardziej spektakularne wschody słońca cenią sobie regularny sen. Przede wszystkim jednak, ludzie wspinają się tutaj ze względów duchowych. Dla wielu religii to miejsce święte – chrześcijanie wierzą, że po wygnaniu z raju Adam postawił tam swoją stopę, muzułmanie, że to był ślad Mahometa, dla buddystów to stopa Buddy, a dla Hindusów – Shivy. Nikt natomiast o przyczyny nie pyta, wchodzi każdy niezależnie od powodów.

DSC_2687

Chcąc wejść na Adam’s Peak najlepiej zarezerwować sobie dwa dni i przynajmniej jeden nocleg. Do Hatton z północy można dojechać popularną trasą kolejową z Kandy (jedno z najmilszych doświadczeń tej wycieczki). Natomiast z Hatton do Nallathanniya, wioski położonej nieopodal szlaku, jedzie się autobusem przez górzyste tereny, więc przejechanie czterdziestu dzielących ich kilometrów zajmuje dobre półtorej godziny. Wysiadłyśmy prosto pod Grand Adam’s Peak hotel. Za kilka dodatkowych dolarów dostałyśmy znacznie przytulniejszy pokój z widokiem na szczyt dlatego warto dopytać, czy dostępne są jeszcze inne pokoje niż wcześniej zarezerwowany typu budget. W busie praktycznie sami turyści, w większości z podobnym planem zatrzymania się w wiosce, szybkim nocnym wejściem i ruszeniem dalej w trasę.

DSC_2706

Na szlak ruszyłyśmy o trzeciej rano, żeby kilka minut przed szóstą zająć miejsca tuż przed bramą świątyni Sri Pada w oczekiwaniu na wschód słońca. Pora niby nieludzka, ale ja z pobudką nie mam problemu jak zawsze kiedy w perspektywie jest nieznane i prawdopodobnie ładne. Asia horoskopowy leniwiec ratuje się energetykami. Włożyłyśmy wygodny sportowy strój, spakowałyśmy najpotrzebniejsze rzeczy: woda, coś na podniesienie cukru, cieplejszy polar i czołówkę (w stycznie, kiedy panuje turystyczny sezon drogę oświetlają latarnie, więc właściwie się nie przydaje). Do serca wzięłyśmy sobie wcześniej wyczytane porady, że w drodze na szczyt jest zimno i wietrznie. Ja wzięłam ciepły polar, w którym się spociłam, a Asia dokupiła dłuższe skarpetki z logo Nike (chociaż według opakowania to Addidas był producentem;), które się nie przydały. Natomiast dodatkowe odzienie potrzebne jestna górze. Nawet 15 minutowe oczekiwanie na szczycie na wschód słońca powoduje, że spocone ciało bardzo szybko się ochładza i warto wtedy mieć co na siebie zarzucić, bo inaczej otuli nas lodowaty chłód. Jednak każdy inaczej odczuwa temperaturę – przyzwyczajeni do upału Lankijczycy całą drogę przemierzają w czapkach (i japonkach).

Nie jest też tak, że jak czegoś zapomnimy ze sobą zabrać, to już kaplica. Miasteczko pełne jest straganów z czapkami, rękawiczkami i jedzeniem. Nimi też usłana jest droga na szczyt. Towar wnoszą tubylcy o własnych siłach. Mijając tragarzy niosących na plecach ciężkie pakunki, ze wzrokiem skupionym na stopniach, które muszą pokonać, nie sposób narzekać na zmęczenie, kiedy niesie się tylko mały plecaczek. Dzięki ich wysiłkowi po drodze dostaniemy gorącą herbatę, zjemy śniadanie, a nawet snickersa (!), czyli rarytas przy tamtejszych czekoladopodobnych batonikach. Toalety też się znajdą, ale nie musiałam sprawdzać ich stanu na szczęście.

DSC_2696

DSC_2667

DSC_2717

DSC_2714

DSC_2708

Wejście na szczyt Adama na wschód słońca pojawia się w przewodnikach jako jedna z tych atrakcji wyspy, których odpuścić sobie nie można. Nie twierdzę, że trzeba ruszyć koniecznie w nocy, bo w ciągu dnia widoki też pewnie robią wrażenie, ale ja ostatnimi czasy mam potrzebę, żeby się przemóc, trochę zmęczyć, wyjść z granicy komfortu, bo zwykle owocuje to niecodziennymi wrażeniami. To miejsce pokazuję poza kolejnością wyprawy, jako pierwsze z pobytu na Sri Lance, bo należało do ciekawszych przeżyć. Natomiast niezależnie od pory dnia, polecam unikać weekendów, bo im wyżej, tym ciaśniej i przy wielkich tłumach można do szczytu po prostu nie dotrzeć, a utknąć w ludzkim korku.

Warto też zachować trochę sił na koniec. Samo pokonanie kilometrowego przewyższenia i wejście na szczyt nie jest tak wymagające moim zdaniem jak zejście. Do zejścia potrzeba równie dużo energii, a do tego mobilizacji wszystkich partii mięśni. Kolana bardzo łatwo się nadwyrężają, łydki są maksymalnie spięte. Odczuwamy to jeszcze przez kilka następnych dni. Znów okazuje się, że nie wystarczy być tylko szczupłym, ale warto trzymać formę. Natomiast podkreślić trzeba, że wejście na szczyt Adama to nie jest ponadludzkim wyczynem. Trasa jest turystyczna i dla przeciętnego, zdrowego kowalskiego nie powinna stanowić żadnego problemu. Wchodzą starsi, młodsi, a wielu z pielgrzymów to matki z niemowlakami na rękach. Tylko chęci nie może zabraknąć.

DSC_2727

DSC_2699
PS. Może te zdjęcia z nocnego wejścia na szczyt Adama będą choć trochę zbliżone do idealnych kadrów, które instagram serwuje hurtem. Bo człowiek byłby skłonny uwierzyć, że cała wyspa wygląda tak jak na zdjęciach cyfrowych nomadów. A mi nawet słonia w narodowym parku było trudno uchwycić..

PS.1 W pobliżu Elle jest też mały szczyt Adama („Little Adam’s peak”) nazwany tak na cześć właściwej góry, ze względu na podobny kształt. Tam podejście jest już nieprawdopodobnie łatwe i właściwie jest to bardziej spacer niż trekking. Poranki też tam mogą być ładne, mój niestety był zachmurzony.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *