Skip to content

U progu San Francisco

18 sierpień 2013

Zanim zdjęcia, widokówki, to co miłe i przyjemne dla oka- muszę nadmienić, że człowiekowi ekscytacja czasem zdrowy rozsądek odbiera. I to po całości. Teraz wspominam to jak najprzyjemniejszy moment z dzieciństwa, do którego mogę wracać, dorabiać historie, tu dodać, tam ująć, bo większość szczegółów z czasem uciekła, a zostały tylko najsilniejsze odczucia. Było jak było- tyle, że w pewnym momencie groźnie. Więc słuchaj:

w szale planowania naszych podróży i wyszukiwania okazyjnych biletów nie wzięliśmy pod uwagę, że wylądowanie w obcym mieście, o trzeciej nad ranem, bez wiedzy o tym, w  którą stronę się kierować- to nie jest najlepsze rozwiązanie. O bezpieczeństwie nie wspominając. Po całonocnej jeździe megabusem z południa, przemarznięci za sprawą zepsutej klimatyzacji i po kolejnej pogodowej zmianie (w LA klasyczny upał, w San Francisco oceaniczny poranny chłód)- przyodziewamy na Caltrain Station co tylko ciepłego mamy w walizkach. Przy miejscowych wracających z imprez w cienkich t-shirtach wyglądamy nieco egzotycznie.

Zaraz przyjdzie nam się rozdzielić i rozejść pod inne adresy, gdzie dobre miejscowe dusze znalezione przez couchsurfing mają nas przenocować. Tyle, że z Agatą i Agnieszką niekoniecznie mamy gdzie się podziać tej nocy- korzystamy z gościnności Wietnamczyka przyjmującego Gosię i Bartka. Użycza nam swojej podłogi, z rana zaparza prawdopodobnie najlepszą kawę, jaką kiedykolwiek piłam i w ogóle nie ma za złe, że zjawiło się nas dwa i pół raza więcej niż miało, a piknikowym larmem z peanut butter w roli głównej obudziliśmy go o czwartej nad ranem. To był piknik dziękczynny: za to, że żadna krzywda nas biednych i kompletnie nierozsądnych turystów nie spotkała.

Przed znalezieniem właściwego nocnego autobusu, który miał nas zawieźć do Oakland- miasteczka położonego na obrzeżach San Francisco- aktualnie wyrastającego na siedzibę bohemy i ostoję artystów, a w przeciągu kolejnych kilku dni i naszą- poznajemy jednego życzliwego, który pomoże nam dotrzeć do miejsca przesiadkowego. Załatwia nam nawet dojazd pod same drzwi taksówką za śmieszne pięćdziesiąt dolarów, ale rozłam w grupie: jedni zbyt wygodni, inni zbyt oszczędni, a wszyscy nieufni i chcący przyoszczędzić te dwa i pół dolara na kanapkę z subwaya.  W samym busie przygodnie poznany Tunezyjczyk na wieść o tym, gdzie się wybieramy o tej godzinie nie kryje zdziwienia i nie szczędzi rad, by na siebie uważać. Momentalnie w głowie zapala mi się czerwona lampka sygnalizująca słowa Renzo, który będąc poza SF tego dnia nie mógł nas jeszcze przyjąć, ale ostrzegał, by się zbytnio nie zapuszczać na nocne zwiedzanie. Atmosfera gęstnieje kiedy życzliwy, wysiadając na moment z nami na przesiadkowym przystanku, szaleńczo gestykuluje, rozgląda się i pokazuje stronę, w którą mamy się kierować; jest zdenerwowany i pod żadnym pozorem nie każe się rozdzielać. Skrzyżowanie, na którym teoretycznie jest trochę ludzi, ale każdy obserwuje każdego, nieufność wisi w powietrzu, a my jesteśmy jedynymi białoskórymi turystami, którzy ewidentnie nie wiedzą, gdzie się podziać. To prostytutka na rogu, to grupa zakapturzonych młodziaków pod sklepem, całkiem szybko nas namierzająca. Strach ma wielkie oczy: ten choć zdawał się być uzasadniony- dzisiaj budzi jedynie śmiech i politowanie.
Tak, tak to wyglądało na wszystkich amerykańskich gangsterskich filmach: sami bro i guys wokół, a Ty człowieku miej oczy dokoła głowy. Trzęsąc się jak osiki i modląc, by nikomu nie przyszło do głowy nas zaczepić- trzymaliśmy się umundurowanego, który nie do końca wiadomo czy pilnował porządku, czy raczej sterowal ruchem autobusów- nie mniej budził zaufanie i zdawał się mieć autorytet wśród miejscowych. Przy takiej adrenalinie pakujemy naszą piątkę do małej taksówki, wypchanej po sufit bagażami, że ani szpilki nie wciśniesz.

Przeklinałam w duchu bilety za kilka dolarów, które tak nas zwiodły, ale za darmo nic nie ma- nadpłaciliśmy strachem roztrzęsionych turystów. Później tętno też mieliśmy przyspieszone, ale to już z zachwytu nad miastem, architekturą i z powodu pagórków pod które tyle się napedałowaliśmy w trakcie wycieczki rowerowej na Golden Gate.

ps. Powiedzmy sobie szczerze: w żadnym momencie nie było groźnie. Nikt do gardła nam nie skakał, ani włos nam z głowy nie spadł. To pewnie suma naszych uprzedzeń, wyobrażeń i wzajemnego napędzania się.
Ale kto wie, kto wie!

drugie śniadanie pod 1018to już drugie śniadanie i resztki peanut butter w okolicach 11 am. te z rana nie nadają się do publikacji

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *