Skip to content

Ushguli

Co prawda pierwszy zachwyt nad tym ogromem przestrzeni mieliśmy za sobą po drodze do Jezior Koruldi, ale nie mogę się powstrzymać, żeby od razu nie pokazać, jakie widoki czekają w Ushguli. Niby to też Kaukaz, równie zielono, też wysoko, szczyty białe, a kompletnie inaczej się tutaj oddycha. Wcale się nie dziwię, że ten rejon jest wpisany na światową listę UNESCO. Stąd jak już do Mestii się zajedzie, to warto pójść za ciosem i Ushguli uwzględnić w planach.


u stóp Szchary – 5193 m n.p.m.


IF

dsc_7338


DOJAZD Z MESTII


O transport lepiej zatroszczyć się wcześniej. Poinformować gospodarza, wywiesić ogłoszenie przy informacji turystycznej, popytać gości. W większości to Polacy, więc nie ma się co wstydzić. Dobrze mieć 6 osób i zrobić zrzutkę na taksówkę (180 GEL w dwie strony). Marszrutki wyjeżdżają o 9 rano, ale też musi być minimalna liczba osób, żeby opłacało im się w ogóle ruszyć. Opcją, której szalenie kibicuję jest trzydniowa piesza wyprawa. Domyślam się, że te 45 km to widoków co nie miara i żaden z nich na pewno nie umknie. Ale to tylko dla tych, którzy dysponują odpowiednią ilością czasu.

W Gruzji taksówkarze są wszędzie i sami szukają klientów, dlatego nie zdążyliśmy jeszcze wyjść z naszej noclegowni i kierowca, który towarzyszył nam poprzedniego dnia, był już z nami z powrotem. Oferował cenę jaką wyżej wskazałam i tłumaczył, że 6 ludzi potrzebujemy. Przezornie pytałam, czy ma już jakichś chętnych, bo samochód był pusty, ale pozostawał głuchy na moje pytania. Tamtejsi kierowcy mają to do siebie, że jak chcą to się dogadają, natomiast jak nie jest im po drodze to o co pytamy, to jak grochem o ścianę, żadne gesty nie są zrozumiałe. Ostatecznie wsiedliśmy licząc, że sytuacja rozwinie się po naszej myśli.

Przez pierwsze pół godziny kierowca obwoził nas wkoło Mestii, po czym zaproponował, żebyśmy poszli popytać innych gości u Nino Ratiani, czy nie chcą się przypadkiem zabrać, bo taka okazja. Szczęśliwie namówiliśmy dwóch Japończyków, początkowo bardzo nieufnych. Po godzinie jednak ciągle dwóch osób brakowało, a zniecierpliwienie rosło. Rozchodziliśmy je wszyscy wokół rynku, wypatrując potencjalnych kandydatów do wspólnej drogi. Kierowca  w pewnym momencie już całkowicie scedował na nas obowiązek znalezienia pozostałych osób informując, że w przeciwnym wypadku cena wzrośnie. Jak już zrobiło się naprawdę późno, to nieco ją obniżył, my na głowę przyjęliśmy trochę więcej, byle tylko pojechać. Całą drogę powtarzał, że może akurat kogoś po drodze jeszcze znajdziemy. I faktycznie, przed samym wjazdem do Ushguli dwóch pieszych wycieczkowiczów – Holendrów przybrało się z nami do wioski, a przed zmierzchem wracało też do Mestii. Przy czym o wcześniejszej umowie i pierwotnej cenie przejazdu w przypadku znalezienia dodatkowych osób kierowca zdążył w drodze powrotnej zapomnieć i postanowił skasować nas po wyższej cenie, a Holendrów dodatkowo. Uparłam się może trochę jak osioł, ale słowa należy dotrzymywać. Nie wyzyskiwaliśmy go i umówiliśmy się na uczciwą cenę, więc i nas powinien był potraktować fair. Oczywiście nie rozumiał po angielsku, wydzwaniał do kumpla, wskazywał na kalkulatorze ile się należy, wzdrygał ramionami, udawał, że nie wie o co chodzi, aż w końcu gdy zapadła grobowa cisza postanowił odpuścić i przyjąć po 30 GEL tak jak była o tym mowa na początku (przy czym Holendrów i tak skasował więcej).

W kwestii umów, to jak wyżej, każdy chce zarobić. Natomiast sama droga długa, kręta i gruntowa. Czterdzieści pięć kilometrów pokonuje się w 2,5 h jadąc przez wyboje. Gruzińska muzyka w tle jak zacięta płyta. A na drodze korki.dsc_7289 dsc_7298 dsc_7303 dsc_7305


USHGULI – 2200 m n.p.m.


dsc_7384Tak wygląda wjazd do tej górskiej osady. Niech mi ktoś nosa utrze, jeśli błędnie nazywam to osadą, ale biorąc pod uwagę stan i kondycję budynków, trudno to nazwać osiedlem, miasto byłoby też małym nadużyciem. Jeszcze wioska brzmiałaby wiarygodnie, ale jak się bliżej przyjrzeć tym wieżom obronnym i chatom, które w części są już opuszczone, to trudno o bardziej precyzyjne określenie. Tam czas się nieco zatrzymał, czemu trudno się dziwić, bo blisko przez pół roku połączenie ze światem jest tutaj co najmniej ograniczone przez zimę i zasypane drogi.

O ile wierzyć źródłom internetowym to w Ushguli żyje 200 ludzi, z których my spotkaliśmy może 6. Mają szkołę, małe muzeum. Widać już zalążki otwarcia się na turystkę w postaci kilku inwestycji budowlanych, ale to jest ledwo dostrzegalne w porównaniu do Mestii, gdzie budynki poddane są całkowitej renowacji, a każdy krok skierowany w stronę przyciągnięcia większej liczby przyjezdnych. Kilka knajpek oferujących gruzińskie jadło przybyszom, parę guesthousów i staruszka sprzedająca wypłowiałe pocztówki, kilka medalików i inne szufladowe pozostałości. Nie rozumiemy się, ale pozdrawiamy wzajemnie.

Poza tym cisza, spokój. Życie się zatrzymało. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że my wparowaliśmy do ich świata trochę jak do skansenu, nieco bezczelnie rozglądając się wokół.

IFdsc_7311dsc_7374dsc_7321dsc_0015 dsc_7319dsc_7376

dsc_7382

Na miejscu mieliśmy trzy godziny. Na tyle dużo, żeby obejść wioskę, przyjrzeć się domostwom i przespacerować w kierunku lodowca, natomiast za mało, żeby wybrać się w góry. Nie ma też co udawać, że chcieliśmy powtórki z dnia poprzedniego, bo jednak ciało odczuwało te dwadzieścia kilometrów marszu. Na spokojnie jeszcze zjedliśmy kubdari (mięso zapiekane w cieście), podobno swańska specjalność. Smaczne i tradycyjnie bardzo syte, bardzo tłuste. Oprócz tego chyba tylko ojakhuri (mięso ze smażonymi ziemniakami) nam bardziej smakowało.

Obok siedział nasz kierowca widać dobrze zaznajomiony z miejscowymi. Razem z pozostałymi kierowcami czekającymi na powrót zabijał czas przy suto zastawionym stole i niekoniecznie pustych kieliszkach.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *