Skip to content

Zmieniamy czas na lepszy

Antwerpia, 01/04/2013
Stadt Park

Maj każdego roku tak wyczekiwany- właśnie przyszedł. I to wcale nie prima aprilis- a jeśli nawet- to daj boże, żeby ten pogodowy figiel trwał do czerwca przynajmniej. Żar z nieba się nie leje, ale to słońce, te bzy pachnące rosnące przy ogrodzie botanicznym na Leopoldstraat, który codziennie mijam w drodze do pracy, sprawia, że od razu radośniej dzień się toczy, w głowie jaśniej i od planów aż się w człowieku kotłuje.

Choć trudno ze zmianą czasu trochę sobie poradzić. Przechodzę ją gorzej niż zeszłoroczny jetlag po wylądowaniu w Nowym Jorku, kiedy niepewność co do godziny i wszystkiego wokół nie pozwalała spać. To może dlatego, że to przestawianie zegarków przyszło tak nagle- nigdy nie pamiętam i nie kontroluję tych dat. W domu przestawianie czasu było ojcowskim obowiązkiem, wymagającym swego rodzaju namaszczenia i troskliwości o przedmioty. Trzeba było podstawić taboret, przy okazji zetrzeć kurz i odwiesić z powrotem. Teraz w większości urządzeń czas sam się zmienia. Ale nie u mnie- i nikt przy porannej kawie nie wspomni o przestawieniu zegarka, a sąsiedzi gdyby nawet mimochodem w windzie o tym rzekli, to po niderlandzku. Całe szczęście i rozczulenie nad trzymaniem ręki na pulsie przez moją mamą, której nawet odległość nie przeszkodzi w podsunięciu tej błahostki, której nieznajomość może dzień zrujnować.

Stąd te tak trudno wstać, bo szósta nie brzmi jak siódma i nawet nie wygląda. Oczy się kleją i wewnętrzna walka o dodatkowe minuty trwa. Za to ile z dnia zostaje! Wychodzę z pracy, a popołudnie jakby dopiero się zaczynało.
I w samej pracy czas szybciej mija. Człowiek próbuje się maksymalnie zmobilizować, żeby tylko do lunchu wyrobić się ze wszystkim, wyjść na spacer i pozwolić słońcu grzać się w plecy: jak mnie teraz. Kryjące rajstopy i czółenka są w sam raz, ale ten czarny przejściowy płaszcz to już lekka przesada, trzeba będzie się z nim rozstać i wrzucić do tej wielkiej srebrnej walizki, stojącej w kącie antresoli i czekającej na drogę powrotną. Zwłaszcza, że Belgowie jak tylko słońce widzą, to wskakują w tshirty, dziewczęta sukienki wkładają, nogi gołe, golusieńkie i żaden powiew wiatru im nie straszny.

Mamy kwiecień i taka ciepłota. Można z książką w parku przysiąść, w końcu zimno nie wygania. Schrupać kanapkę po europejsku nie w sreberko a szczelnie zamykaną foliówkę zapakowaną i swobodnie rozkoszować się Czytadłami Osieckiej.

I wcale na maj nie trzeba czekać.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *